Swój trep – o “Spłonce” Macieja Filipka pisze Rafał Różewicz

Na wstępie pozwolę sobie zauważyć, że najnowsza książka Macieja Filipka powinna nosić tytuł Książeczka wojskowa. I z tego, co słyszałem w kuluarach, tak się nawet na nią potocznie już mówi i zapewne taka nazwa przyjmie się, wbrew intencjom autora i wydawcy. Bo zarówno forma, jak i treść są ze sobą ściśle powiązane.

Artbook opublikowany nakładem wydawnictwa papierwdole, które od prawie dwóch lat wydaje dużo i dobrze, przypomina kształtem książeczkę wojskową, za co brawa należą się odpowiedzialnej za koncept Wiktorii Kruk. Czytelnik dostaje więc do rąk podobną książeczkę, jaką zwykło się otrzymywać po przejściu kwalifikacji wojskowej. Mamy więc i doklejone zdjęcie Filipka (tutaj akurat w mundurze, jako że autor jest zawodowym żołnierzem) i inne nawiązania do pierwowzoru (gilosz na stronach wewnątrz książeczki, okładka w kolorze zgniłej zieleni, napisy w środku w kolorze czarnym, czy numer i seria w kolorze czerwonym). Oczywiście, nie obyło się bez modyfikacji, bardziej lub mniej rzucających się w oczy. Przykładowo: okładka jest „pusta” i nie zawiera godła oraz napisu: Siły Zbrojne Rzeczypospolitej Polskiej. Tych elementów osobiście mi trochę brakuje, ale tłumaczę to sobie tym, że Filipka wydało anarchistyczne wydawnictwo i wspomniany „brak” tak naprawdę jest okazją do postawienia następujących pytań o hierarchię i podległość: Czy to bardziej książeczka wojskowa żołnierza w służbie państwa, czy dowód osobisty artysty w służbie poezji? I jeszcze: czy tak właśnie wyglądałby wspomniany dowód osobisty, którego posiadanie otwierałoby poetom oficjalnie uznanym przez państwo (a może i samemu Filipkowi, od lat nie dość docenianemu) furtkę do rozmaitych zaszczytów, wydawnictw, podręczników szkolnych, wreszcie: nieśmiertelności? Podoba mi się ta ironia i dystans do owych spraw, zawarty już w samym koncepcie wydania (na przykład podpis: nazwisko właściciela książeczki zmieniono na podpis: nazwisko poety), bo wszystko to, czym prędzej zachęca do lektury wierszy, które, mimo całej wspomnianej oprawy, są przecież najważniejsze.

Trzecia książka Filipka stanowiła dla mnie okazję do przypomnienia sobie dwóch wcześniejszych jego książek: Rezystorów z 2014 roku i Formaliny z 2019 roku. Obie ukazały się dzięki zwycięstwom autora w konkursach na projekt książki poetyckiej. I tyle tak naprawdę podobieństw, choć we wszystkich dotychczasowych publikacjach Filipek porusza temat wojska, służby, a nawet tzw. fali (zachęcam w tym miejscu do obejrzenia filmu Kroll w reżyserii Władysława Pasikowskiego, który niedawno sobie przypomniałem, zainspirowany treścią wierszy Filipka). Pod względem formy różnic jest jednak więcej: choć Filipek nigdy nie stronił od kolokwializmów, czy dosadności, to nie zawsze był też precyzyjny. W Rezystorach zdarzało mu się przegadywać teksty. I ta rozwlekłość mocno osłabiała wydźwięk jego wierszy, w których pomysł gubił się gdzieś po drodze, między chęcią powiedzenia czegoś ważnego a niemożnością ubrania tego w obrazy zapadające w pamięć. Przełom nastąpił pięć lat później, wraz z Formaliną, zredagowaną przez Dawida Mateusza, którego nie można posądzić o nadaktywność w działalności poetyckiej, redaktorskiej, czy wydawniczej. Książka ta, której motywem przewodnim była żałoba po śmierci ojca, zawierała zatem wiele przejmujących i celnych, precyzyjnie skonstruowanych wierszy. To w tej książce Filipek zaprezentował się światu, jako poeta umiaru, ważący każde słowo i świadomy jego konsekwencji.

Nie inaczej jest w Spłonce, w której pozostaje wierny stylowi wypracowanemu w Formalinie. Choć utworów jest sporo, bo aż czterdzieści cztery. Liczba nie jest raczej przypadkowa. Czy bycie żołnierzem wiąże się ze złożeniem ofiary z samego siebie w walce za ojczyznę, tak jak w Dziadach Adama Mickiewicza Polska jest „Chrystusem narodów” i składa samą siebie w ofierze w walce o lepszy świat? Rzecz jasna, jest to wszystko podane w sposób ironiczny, z przymrużeniem oka. Zarówno autor, jak i wydawca kpią sobie ze wszelkich zobowiązań, ról, stereotypów i wielkich gestów. Takich smaczków (jak choćby dołączony do wydania słownik polsko-trepski, objaśniający znaczenia słów żargonowych używanych w wojsku) jest w książce pełno.
Spłonkę można potraktować jako poetycki zapis codzienności żołnierza, jako pamiętnik pisany na służbie. Przypomina się Książeczka wojskowa Antoniego Pawlaka. Z tą różnicą, że Filipkowi w zasadzie nie zależy na podejmowaniu i wysuwaniu na pierwszy plan ważkich spraw polskich: narodowych i społecznych. Nie chce być sędzią, moralizatorem. Nie sili się na bycie jedynym sprawiedliwym i całkowicie poważnym. Nie występuje w roli intelektualisty, który opisuje rzeczywistość wokół z pozycji kogoś lepszego. Opisuje system, w którym ostatecznie znalazł się z własnej woli, dzięki podpisaniu kontraktu na bycie żołnierzem zawodowym. Wszystko to sprawia, że czytelnik dostaje do rąk teksty niepisane pod określoną tezę. Niejednoznaczne, w których ma miejsce próba opisania świata z kilku perspektyw: poety, żołnierza, ochotnika, podwładnego, męża, syna.

Dlatego Filipek pozostaje wiarygodny, bo pozostaje sobą i jednocześnie próbuje przez cały tom odpowiedzieć na pytanie: kim właściwie jestem? To wahanie można zauważyć również w języku, gdzie o ludziach mówi się prosto, dosadnie i brutalnie, natomiast o świecie zewnętrznym, pozakoszarowym: wrażliwie i czule. Poetycko właśnie.

Poniższy fragment:

Dobrze funkcjonowało powiedzenie,
przeżyj Modlin, przeżyj Orzysz,
to na wojsko chuj położysz.
(…)

(„OLEWKA”, s. 24)

kontrastuje z:

Coś ty taka wydygana
kroplo na pajęczej nici?

(„TRENAŻER DRENAŻU”, s. 22)

Albo:

Jaką ilość trzeba połknąć,
by nie rzygnąć,
kiedy ryj pełen gówna.

(„LIZUS”, s. 21)

z:

Brzydki i pokraczny. Jestem
jego częścią.
Szypułką, pręcikiem, liściem,
zalążkiem.

Najlepiej jednak słychać u
podstawy łodygi.
Ziemia w nieustającej mowie
o pogrzebanych.

(KWIAT WOJSKA POLSKIEGO, s. 20)

Jestem więc bardziej poetą, czy żołnierzem? Odpowiedź brzmi: jestem, kim jestem i daję wam siebie w całości. Ta książka była Filipkowi potrzebna. Bo właśnie w niej prezentuje się czytelnikowi w pełni, jak nigdy wcześniej. Począwszy od szaty graficznej i doklejonego zdjęcia, po tematykę wierszy. Swój trep, można powiedzieć.

TREPY nigdy nie umierają.
Nawet jeśli z pola bitwy są znoszeni
wiotcy jak wierzbowe gałązki.

Przemeblować w słowach.
Roszady na wysokich stołkach.
Nie otwierać szafy.

Ale czy to ważne,
kto napiera na drzwi?

TRUPY (zamiast) TREPY.

(„WOJSKOWI”, s. 15.)

Maciej Filipek, na przestrzeni kilkudziesięciu wierszy, dokonał w Spłonce ostatecznego samozdefiniowania. Dlatego ze wszystkich jego książek, właśnie Spłonka jest tą najbardziej osobistą oraz spójną. Pojawia się jednak kluczowe pytanie: co dalej? Wydaje się, że autor, obnażając się w ten sposób, poszedł już na całość. I teraz każdy podobny gest będzie uznawany za krok w tył w artystycznym rozwoju, świadczył o powtarzaniu się. Co więc po Filipku-żołnierzu? Czy tego poetę stać na więcej, na wyjście poza tematy koszarowe? Już kilka razy udowodnił, że tak. Jestem więc bardzo ciekaw dalszego ciągu. Bo właśnie dziś, kiedy ukazała się jego najlepsza książka poetycka, szkoda byłoby, gdyby zamilkł.

Maciej Filipek,

Spłonka,

wydawnictwo papierwdole,

seria: biblioteki narodowe,

Ligota Mała 2022.

 

 

Rafał Różewicz – urodzony w 1990 roku, w Nowej Rudzie. Autor trzech książek poetyckich (ostatnia Po mrok, wydawnictwo j, Wrocław 2019). Nominowany do Nagrody Silesius i dwukrotnie do Nagrody wARTo. Tłumaczony na rosyjski i ukraiński. Publikował m.in. w “Małym Formacie”, „Odrze”, miesięczniku „Nowaja Polsza”. Mieszka we Wrocławiu.