>>> Z Olą Kozioł rozmawia Przemek Chodań

W jaki sposób zmieniło się Twoje myślenie o sztuce gdy zajęłaś się dźwiękiem i performensem?

Uświadomiłam sobie, że wszystkie formy, style i sposoby wypowiedzi są równoważne, przestałam ograniczać się do jednego medium. A jeśli chodzi o performens, dźwięk, to stało się naturalnie, samoistnie wręcz. Jestem z natury poszukiwaczem i nie umiem stać w miejscu. Cieszę się z tego co jest, ale bardzo interesuje mnie to, co będzie dalej. Interesuje mnie wędrowanie i przemieszczanie się. Niespodzianka, to jest to, co chyba najlepiej obrazuje ten stan. Ale nawet to moje malowanie. Nigdy nie pracowałam na sztaludze, małe formy na podłodze, a większe płótna na ścianie. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że wyglądam jak mój obraz, bo byłam już tak „uwalona”… Gdybym miała wcześniej jakiegoś mentora, kogoś kto mógłby mi pomóc, to pewnie wcześniej bym się tym zajmowała, ale nie spotkałam nikogo na swoje drodze. Chociaż może też być tak, że wtedy nie byłam na takie rozumienie świata i sztuki jeszcze gotowa. W czasie studiów pociągała mnie sztuka krytyczna i wszystko co jest akcyjne i dzikie. Dzikie to jest dobre określenie, bo moje malarstwo było trochę nieokrzesane… Gdy odkryłam głos, zauważyłam, że daje mi to ogromne poczucie pewności siebie, poczucie bycia mocno zakorzenionym. Zrozumiałam, że jestem przez to silna i też świadoma siebie oraz że głosem oswajam przestrzeń. To są trzy bardzo ważne rzeczy, które pozwoliły mi iść dalej.

Mam taką naiwną odwagę. Wydaje mi się, że jeżeli ja mam dobre chęci, to nic mi się nie stanie.

W drugim roku pracy na uczelni poznałam studenta z Białorusi. Wówczas sytuacja Białorusi była głośna. Jego historia mnie poruszyła. Został ze względów politycznych relegowany ze swojej uczelni w Witebsku, dzięki stypendium Kalinowskiego znalazł się w Łodzi na ASP. Chciałam mu pomóc i wierzyłam bardzo silnie, że jak zaangażuję go w jakieś działanie artystyczne, to nagłośnię jego problem, będzie mógł tutaj zostać i tak też się stało. Obecnie prowadzi chór w Cerkwi w Łodzi.

To była jedna z pierwszych Twoich akcji…

Tak, ze śpiewem, z perspektywy czasu myślę nawet, że przełomowa. Najpierw powstał paradokument „Tera Angelus”, gdzie kolega chodził po uczelni, ubrany w skrzydła zrobione z tkanin. Prosty symbol, ale jakoś samo się nasunęło. Uczelnia dała mu pewien rodzaj wolności, mógł kontynuować naukę. Później pojechaliśmy razem do Berlina. Tam oboje już ubrani w skrzydła, z flagą Niezależnej Republiki Białoruskiej śpiewaliśmy starą, obrzędową pieśń białoruską pod murem berlińskim na Potsdamer Platz.
Uświadomiłam sobie wtedy, że bardziej interesuje mnie możliwość wykreowania sytuacji, w której nasze codzienne maski zostają zdjęte, że chcę się otwierać się na innych, poznać siebie, swoje lęki na przykład, bo pod murem trzęsła mi się noga, dygotała wręcz.

Według mnie sztuka ma dotykać życia, tego co jest przy mnie. Stąd może też to moje wędrowanie. Chodzę dużo sama. W ubiegłym roku wybrałam się również w pieszy plener ze studentami. Szliśmy 300 kilometrów, to było szalone, bo wiedziałam, że nie stworzymy nic trwałego. Powstały piękne i absurdalne wiersze, działania efemeryczne. Szkicowaliśmy ludzi spotykanych na drodze i dawaliśmy im te rysunki. To są dla mnie bezcenne rzeczy.

Czy tworząc myślisz o celu, o tym w jaki sposób dana akcja ma zadziałać?

Mam intencję, ale czy zadziała nigdy nie wiem. Na przykład ostatnia akcja, którą ze Sławkiem robiliśmy w piekarni… Odkryłam ją przez przypadek, po prostu złapałam obok gumę i urzekło mnie bardzo to miejsce. Piekarnia znajduje się w paskudnym blaszaku z lat siedemdziesiątych, jest malutka, ma swój mikroklimat, jest Pani, która częstuje nas chlebem, bułeczkami, ciastkami. Chciałam coś dla niej zrobić, pomyślałam o wystawie. Później dowiedziałam się, że jest taka sytuacja, właściwie beznadziejna, bo budynek jest wystawiony do przetargu, i że to na co Pani Ela pracowała dwadzieścia lat zaraz zniknie. Przenieść nie jest łatwo, bo maszyny są stare, a sama w przetargu startować nie może, bo w grę wchodzą gigantyczne kwoty. To a propos tych intencji, że chciałabym nieść jakiś rodzaj radości lub refleksji, zastanowienia, żeby to nie był wyabstrahowany galeryjny byt, ale żywe. Nawet jeżeli nie do końca udane, ale prawdziwe, szczere, autentyczne. Pulsujące po prostu. Mnie osobiście bardziej to porusza niż wszystko co idealne. Właściwie ideał mnie nie interesuje. Chociaż to zależy co się rozumnie pod tym słowem. Interesuje mnie wyjście do człowieka zwykłego, który nie ma czasu, chęci, siły lub nie wie, że nie może wejść do galerii za darmo, bo się po prostu tym nie interesuje, … bo cały czas tyra na ten „chleb”.

Fot. Anna Woźniak

Czyli wierzysz w sztukę i jej pozytywny wpływ na rzeczywistość…

No tak, tak. Mam takie hasło, to nie jest moje, a Jarodzkiego. Na jednym z jego obrazów jest napisane „tylko sztuka cię nie oszuka”.
No i na razie w to wierzę, bo nie mam innego wyjścia, chyba (śmiech). Inaczej mogłabym nie żyć. To jest moim sensem.

Czyli nie ma podziału na Olę, która jest artystką i Ole nie-artystkę?

Nie umiem się tak oddzielać, wchodzić w rolę, jestem jednym bytem. Jednocześnie kobietą, córką, siostrą…

Czy aspekt kobiecości jest dla ciebie istotny? Czy ona określa Twoje działania?

Nie myślę o tym, ale to jest naturalne. Przyroda odgrywa bardzo ważną dla mnie rolę. To dla mnie obszar poszukiwania tożsamości i duchowych przeżyć. Biologicznie tak jesteśmy skonstruowane, że chcąc nie chcąc mamy silny kontakt z naturą. Chociaż mam przekonanie, że mężczyźni też mogą czerpać siłę z ziemi. Mam wrażenie, że przez śpiew zostałam ukorzeniona, że to idzie z ziemi, to jest cholernie silne doświadczenie. Nie wiem jak to opisać. No i bardzo ważne jest, że jest to śpiew wspólnotowy.

A nie myślałaś, że to jest tak silnie nacechowanie emocjami medium, że może być rodzajem manipulacji?

Myślałam w odniesieniu do grupy. Jak śpiewam radośniej, to wpływam na osoby, które mają gorszy dzień. Ale to tylko w tym celu. W Krakowie, gdy przeprowadziłam akcję, wiedziałam, że to ma być pozytywne. Choć potrafię też zadziałać tak, że będzie smutno i przykro.

No tak, ale wszystkie twoje akcje są można powiedzieć rodzajem celebrowaniem życia…

Życie jest tak ciężkie (śmiech). Życie jest darem. Trochę czasu musiało upłynąć, bym mogła zrozumieć te słowa. Mój obecny stan na pewno jest związany z tygodniami milczenia, które przeżyłam dwukrotnie. Miało to gigantyczny wpływ na mnie całą. Pojawiła się samoakceptacja, zrozumienie, miłość do świata. Milczenie oraz wyjście w drogę na festiwal ART.erie – III strzał do Częstochowy (2013). Szłam wtedy sama przez 5 dni przez wsie i lasy, rejestrując po drodze swoje pieśni, w poszukiwaniu noclegów, pukając do drzwi nieznanych wcześniej ludzi. Po drodze „lepiłam” kwiatki z bibułki i rozdawałam je napotkanym osobom. Zaczęło się strasznie, padał deszcz, rodzina, do której trafiłam nie ufała mi, musiałam pokazać dowód, zapomniałam latarki. Z tego wszystkiego, gdy już leżałam w namiocie, poryczałam się. No pięknie sobie wymyśliłaś, kwiatuszki, super, zajebiście – myślałam sobie. Spuchła mi noga, co było dla mnie wielkim zaskoczeniem, że ciało tak szybko odmawia mi posłuszeństwa. Mam za sobą w końcu doświadczenie 900 kilometrów…

900?

Tak, zaraz po dyplomie poszłam z koleżanką do Santiago de Compostella w Hiszpanii. Ale to jest inna historia. Tej drogi nie traktowałam jako działania twórczego, chciałam się po prostu oczyścić. Z perspektywy czasu mogę jednak stwierdzić, że była to swoista podróż inicjacyjna zarówno w sensie duchowym, jak i artystycznym. Wtedy po raz pierwszy zdałam sobie sprawę, że idealnie byłoby gdybym znalazła środki, którymi mogłabym wyrazić siebie, opowiedzieć to, co czuję i widzę, bez konieczności dźwigania farb i płócien. Nie wiedziałam tylko jak to zrobić. Musiało minąć jeszcze trochę czasu.
Istnieją dwie jakości wędrowania, samemu i w grupie. Osobiście preferuję samotną włóczęgę. I taką rekomenduję każdemu, to najlepsze lekarstwo.
Samotność nie tolerując samooszukiwania się i kłamstwa, zdziera wszelkie maski, prowadzi do autentyzmu.
Może dziwnie to zabrzmi, ale podczas drogi na ART.erie poczułam jedność ze wszystkim, co jest wokół mnie. Jakieś obce mi do tej pory uczucie całości. Dobrze pamiętam ostatni dzień marszu. Siedzę na polanie, obok szumi i śpiewa las. Jestem tym lasem, i tym szumem, i tymi ptakami z lasu.
Ta droga przestawiła mnie po prostu, bardzo również wzmocniła.

Czy w czasie drogi mówiłaś ludziom, że to jest akcja artystyczna?

Na początku mówiłam, ale czasem sama przestałam myśleć, że to jest akcja artystyczna. Robiłam to dla spotkania z drugim człowiekiem. Zostawiałam kwiatki np. w sklepach, pamiętam wzrok tych pań… Może przez intensywność i moje skupienie, to było takie silne… przynajmniej dla mnie. Jeśli istniała potrzeba, nawiązywała się rozmowa, to opowiadałam o sobie, ale jak nie pytali, nie było takiej potrzeby. Raz musiałam iść nocą przez las. Było już ciemno, a ja nie zdążyłam dojść do żadnych domostw. Bałam się potwornie. „No dobra rozbiję się w lesie”, tak sobie analizowałam w głowie „czego ty się boisz w lesie, zwierzęta nie zrobią krzywdy, tutaj nie ma niedźwiedzi, tylko człowiek może ci zrobić krzywdę”, a ja idę do człowieka prosić o pozwolenie na rozbicie namiotu na placyku koło domu. Zdałam sobie sprawę, że przez namiot spuchły mi nogi, przez te wszystkie obcęgi, druty, sprzęty do nagrywania, które razem wzięte były po prostu za ciężkie. Namiot był moim brakiem zaufania. Gdybym otworzyła się totalnie, to bym go nie wzięła. Za drugim więc razem go nie wzięłam, ponieważ w tę samą drogę Łódź-Częstochowa wybrałam się również rok później (2014). Dzień był krótszy, musiałam iść również w totalnej ciemności. Co ciekawe w ogóle się nie bałam, szłam właściwie na pewniaka. Byłam rozpoznawana przez osoby, którym ostatnim razem podarowałam kwiatka z bibuły – to były bardzo mocne dla mnie momenty. Ludzie sami do mnie podchodzili, gdy gdzieś we wsi odpoczywałam, albo ściskali, gdy wchodziłam do sklepu. Pamiętali mnie z ubiegłego roku! Nie wyrzucili kwiatków. W sklepie Pani Małgosia pokazała mi jak jej wypłowiał. Drugie przejście również było ładujące.
Wracając PKS- em do Łodzi wiedziałam, że pójdę po raz trzeci, i że jak wrócę to będę chciała przedstawić tę drogę, bo do tej pory nie miałam jeszcze okazji. Chciałabym tylko, na ile będzie to możliwe przedstawić ją z perspektywy ludzi, których spotkałam, bo to oni mnie zmienili. Chciałabym skupić się na aspekcie spotkania z drugim człowiekiem…

W Twojej wypowiedzi pojawiło się kontrowersyjne a modne ostatnio „duchowość” …

Kontrowersyjne?

…szczególnie w środowisku ludzi związanych ze sztuką współczesną , którzy nie wiedzą jak obsługiwać to pojęcie i co ono oznacza lub może oznaczać…

To jest trudne. I bardzo intymne.

Czy jesteś w stanie powiedzieć jak rozumiesz to pojęcie, co ono dla ciebie znaczy?

Jest w tym na pewno bezinteresowność i jakaś taka szczerość… Jak rozumiem? Np. doświadczenie drogi jest dla mnie doświadczeniem duchowym. Nie jest to chodzenie dla samego chodzenia. To przede wszystkim wyjście poza miasto, znalezienie się w czystych przestrzeniach pól, to przejście ze wsi do wsi, spotkanie drugiego człowieka, spotkanie siebie w nim, siebie w sobie i w przyrodzie. Wierzę w duchową funkcję sztuki, to funkcja oczyszczająca, katarktyczna…. Gdy śpiewałam na polach, to mnie ładowało i oczyszczało jednocześnie. Tak samo jest np. ze sztuką performens, ale i z każdym innym rodzajem twórczości czy w ogóle działalności człowieka. Jeżeli wchodzę w to szczerze i autentycznie, naprawdę chcę być w tej sytuacji maksymalnie… Daję siebie, ale też maksymalnie dużo dostaję. A może nawet więcej dostaję, bo nie można zakładać, ile się otrzyma. Dostaję więcej, bo niczego nie oczekuję. Może to jest to. Niczego nie oczekuję i przyjmuję wszystko to, co przychodzi i to chyba jest ta wymiana, ta cyrkulacja, coś co ładuje i coś co oczyszcza.

Czy to ma również wpływ na Twoją wizję świata tak całościowo?

Tak, wiąże się to ze świadomością miejsca, że żyję na tej części globu, gdzie nie mam problemów, bo jestem kobietą, gdzie nie ma wojny. Generalnie mam wszystko czego potrzebuję, żeby się rozwijać. Jestem tego świadomość. Zakochałam się w świecie.
Jak w takim razie pracujesz ze świadomością „tu” ?
Świadomością tego, że jestem zajebistym szczęściarzem, więc doceniam to, co dostaję, przynajmniej staram się….Ale jak sobie przypomnę moment, gdy wróciłam z Armenii i dowiedziałam się o tym wszystkim co dzieje się w Syrii. Wystarczyły dwa zdjęcia uciętych głów. Gula stanęła mi w gardle, nie mogłam sobie później znaleźć miejsca, spać, naprawdę. Wkurzała mnie moja wygoda, irytowało mnie, że narzekamy, gdy nie mamy podstaw, bo przecież gdzieś dalej dzieje się koszmar. Wtedy wykonałam parę działań do kamerowych. Grałam na trąbce zabawce, chowałam się w różnych miejscach w mieszkaniu. Trochę odreagowanie, wiara, że kocica objaśni mi świat i nauczy mnie w nim na nowo funkcjonować. Poczułam, że chcę jeszcze bardziej starać się być dobra, pomocna, jeszcze bardziej aktywna, aktywizująca , jeszcze mocniej kochać i siebie, i świat. Najwięcej wymagać mogę od siebie.
Nie rozumiem, po prostu nie rozumiem tego jak można zrobić krzywdę drugiemu człowiekowi, nie umiem sobie tego ułożyć w głowie, że jest to takie właśnie …

Trudna miłość?

..no bardzo trudna. Coś, co trudno kochać, najbardziej tej miłości potrzebuje.

To może opowiesz o akcji w Ustce? O jej idei i działaniu.

Przesłanie miało być radosne i pozytywne. Lądują w Ustce Brylowie: Brył i Bryła. Przybysze z innej planety starają się w przyjazny sposób nawiązać kontakt z Ziemianami. Chodzą najpierw po plaży w Ustce, później po miasteczku. Śpiewają w niezrozumiałym dla Ziemian języku, przytulają się do napotkanych osób.
Performance trwał 2 godziny. Chciałam spróbować spojrzeć na Ziemię , na nas jako ludzi, z innej perspektywy. Co by było, gdyby faktycznie istniała równoległa Ziemia, czy i wtedy mając świadomość, że jesteśmy obserwowani przez myślące istoty z kosmosu, dalej popełnialibyśmy te same błędy? Na Ziemi istnieje życie, to jest niezaprzeczalny cud. Oprócz człowieka żyje tyle innych gatunków zwierząt, roślin. Dzisiaj fascynowałam się mewami. Są one takie różne, niektóre mają czarne dzioby, większe albatrosy mają żółte, ale są jeszcze takie jarzębate, nie wiem w sumie, które to mewy śmieszki, muszę to wybadać w Internecie. To Wszystko jest niesamowite! Ciekawe jest to jak w ogóle zaczęliśmy działanie. W sumie była to pewnego rodzaju modlitwa do morza. Życie wyszło z morza. To wyszło naturalnie, tego nie planowaliśmy

Ola Kozioł i Suavas. LLądowanie. Jaka to wiadomość…? CAT Ustka 2015

Akcje przeprowadziłaś wspólnie…?

Tak, ze Suavasem Lewy, który jest muzykiem, ale ma zacięcie performerskie i teatralne. Mogę chyba powiedzieć, że Cage to jego guru. Sławek jest dla mnie jak antena, odbiera wszystkie dźwięki. Wszędzie słyszy muzykę. Jechaliśmy autobusem, a on zaczął grać butem, ma miliard pomysłów. To jest niesamowite, fascynujące i inspirujące. Wiedziałam, że nie jestem w stanie sama tego zbroić, że potrzebuję wsparcia dźwiękowego, i że będzie to silniejsze w wymowie jeśli to będą dwie osoby w przyjaźni…


W grupie siła…

No właśnie i raźniej, i wszystko jest łatwiejsze.

 

 Aleksandra Kozioł. Urodzona w 1983 roku w Skierniewicach. W 2009 roku ukończyła Akademię Sztuk Pięknych im. Władysława Strzemińskiego w Łodzi. Dyplom uzyskała na Wydziale Grafiki i Malarstwa łódzkiej ASP w pracowni malarstwa prof. Piotra Stachlewskiego, gdzie dziś pracuje na stanowisku asystenta. Zajmuje się malarstwem, instalacją, wideo i performance, jednak tym, co stanowi o swoistości jej twórczości jest łączenie z tymi tradycyjnie używanymi w sztukach wizualnych metodami techniki „białego głosu”, czyli śpiewu na otwartym gardle. Ten rodzaj śpiewu archaicznego typowy dla muzyki ludowej jest charakterystyczny dla Europy Wschodniej: Polski, Ukrainy, Białorusi, Rosji i Bułgarii. Jest członkiem kultywującej te tradycje grupy śpiewu tradycyjnego Miejskie Darcie Pierza, a także „Wielkiego Chóru Chorei”.