Replikę pistoletu znalazł w wynajmowany pokoju.

Najemca zaproponował nieznaczną obniżkę czynszu za pierwszy miesiąc, jeśli Adam zgodzi się posprzątać po poprzednich lokatorach. Pistolet był wśród pozostawionych przez nich rzeczy. Adam trzymał go na półce pomiędzy książkami lub przyciskał nim kartki maszynopisów. Kiedy pił, używał pistoletu, aby mierzyć nim w książki i swoje zapiski. Celując w książki, czytał na głos wypisane z nich fragmenty. Czytając wyjątkowo złe własne zapiski, przystawiał sobie lufę do skroni.
W ten sposób pistolet stał się jego narzędziem. To, że nie był prawdziwy, stanowiło o jego drażniącym powabie, podobnie jak to, że wszedł w jego posiadanie bez wysiłku. Gdyby zauważył pistolet na pchlim targu, nie sięgnął by po niego. Pistolet uzmysławiał mu, że gdyby nie przypadek, nie odważyłby się przed sobą odgrywać tych śmiesznych gestów. Dalej darłby maszynopisy, ale nie przekroczyłby granicy śmieszności.
Fascynacja tą zabawą trwała około miesiąc. Dzięki niej Adam sięgnął po nieczytane wcześniej książki. Odeszła go potrzeba, aby podniecać i ogłuszać się alkoholem. Zamiast kompulsywnego pisania, zaczął prowadzić dziennik. Nie pozbył się jednak pistoletu. Trzymał go na widoku, jako przestrogę.

Otrzeźwienie trwało kolejny miesiąc. W tym czasie Adam zainteresował się Ewą. Pracowali razem od niedawna. Jej bujne kobiece kształty zauważył już w pierwszy dzień pracy. Było to spoglądanie za źródłem bodźców, nic więcej. Ewa nie zauważała Adama, bo i nie robił niczego na co zwykła zwracać uwagę. Na przerwie przesiadywał sam, nie był rozmowny, a do tego ubierał się niedbale. Adamowi jednak, odkąd  poczuł się lepiej, obmierzła mu samotność. Zapragnął kobiety. Ich pierwsza rozmowa odbyła w kolejce do maszyny z kawą. Ewa była zaskoczona jego nonszalanckim, przymilnym tonem i zaciekawiła ją ta nagła zmiana. Zaczęli się spotykać.

Kiedy Ewa miała go odwiedzać, chował pistolet i maszynę do pisania.

W ich wspólnym trzecim miesiącu coraz częściej czuł zmęczenie jej obecnością. Gdy Ewa spuszczała z niego wzrok, przestawał się prężyć, jego twarz przyjmowała znużony wyraz. Ukrywał ciążący w nim niedosyt. Wspólnie nie robili niczego, co poruszałoby Adama do głębi. Jedynie w łóżku odnajdywał intensywność. Coraz częściej kochali się od tyłu. Którejś nocy Adam, patrząc na jęczącą i wijącą się Ewę, czuł, że przygląda się jej, jakby oglądał film. Po wszystkim chciał zostać sam, jak ktoś  kto w samotności chce przyjrzeć się swojej wstydliwej chorobie.

Fot. Jagoda Cierniak

Przyszła jesień. Adam po pracy zwykł gasić światło i kłaść się do łóżka. Ciemność i cisza pustego pokoju głuszyły go delikatniej niż alkohol. Stał się niechętny wszelkim poruszeniom. Niedawne doznania nie scaliły się w jego wnętrzu w nową strukturę – zapragnął, aby opadły na dno. Nie odbierał, kiedy dzwoniła Ewa. Nie umiał wytłumaczyć jej swojego zachowania, gdy widywali się w pracy. Ewa poczuła się zraniona. Ignorowała go i przestała wydzwaniać.

Adamowi ulżyło. Nie chciał sięgać po to, co tyle razy zawodziło.

Zimą postanowił wyjechać z kraju na wolontariat. Zgłosił się do projektu pomocy niewidomym we Francji. Chciał pracować dla drugiego człowieka, bezpośrednio. Pragnął opanować nowy język. W jego odczuciu byłoby to, jak zdobyć nowy narząd sensoryczny.
Decyzję o zakwalifikowaniu się do projektu przyjął jednak z przestrachem. Wyjazd funkcjonował w jego świadomości jako perspektywa odnowy, na którą zdecyduje się jeśli wszystko inne zawiedzie.
W tym czasie sypiał z Ewą sporadycznie. To, że zredukowali swoje kontakty do rangi zaspakajania potrzeb, poczytywał za akt unieważniania siebie. W czasie, kiedy powinien kochać, spółkował. Zamiast ideałów zaspakajał popędy. We Francji miał funkcjonować odmiennie.

Zwolnił się z pracy. Kupił bilet lotniczy. Zagrodził sobie drogę do zmiany decyzji.

Nie mając innych zajęć, wyczekiwał wyjazdu zajęty jedynie sobą. Doszukiwał się w pamięci wyraźnych pozostałości po życiu, jakie wiódł do tej pory. Nie osiągnął w niczym kresu. Nie czuł się związany z niczym w chwili, kiedy pragnął się z czymkolwiek pożegnać.

Przez dwa dni wstawał z łóżka tylko, kiedy musiał. Wyszedł z domu, kiedy zabrakło mu jedzenia. Wykapał się i ogolił. Zjadł solidny posiłek. Odsunął zasłony. Przez brudne kuchenne okno dosięgało go słabe zimowe słońce. Poczuł cielesną radość. Nic nie było podobne do udręk poprzednich dni. Przez ten moment po raz kolejny pojmował, co jest przyczyną nawracającej potrzeby pozbywania się wszystkiego i wszystkich. Napisał palcem na warstwie kurzu zalegającego na kuchennym blacie: „Osadu jest więcej, niż napisu. Napis to konsensus, nie upora się z osadem”. Po chwili dopisał – „Ty jesteś tutaj sam.”

Nie potrzebował dłużej łudzić się, co do celu swojego wyjazdu. Wiedział, że nie stanie się kimś innym, pozostawiony sam sobie. Czuł awersję na myśl, że niedługo będzie angażował się w działania, którym przyświecają reguły obcej wspólnoty.
Niepokój oddalał ćwiczeniami fizycznymi. Chciał dotrzeć do Francji z zapasem sił. Przeświadczenie o tym, że nie zmieni w sobie niczego istotnego znajdywał nad ranem. Budził się w nocy i leżał bezsennie, aż do wschodu słońca. W cieple i ciemności nie potrafił zabronić sobie pragnień, których nienawidził. Nie chciał czuć się dobrze, chciał się dobrze zużyć, ale nie chciał się do tego zmuszać. Prawdę o sobie znajdywał w ciepłym łóżku.

W dniu wyjazdu na ulicę, przy której mieszkał Adam, wjechał autokar turystyczny. Silnik rzęził, a spod maski obficie wydobywał się dym. Adam podszedł do okna zwabiony gwarem. Widok bardzo go rozbawił. Turyści wodzili wzrokiem po kamienicach, jakby były zaplanowanym punktem wycieczki. Adama bawiła myśl, że wizyta w dzielnicy kamienic socjalnych nauczy ich więcej, niż pstrykanie fotek strzelistym katedrom. Pomyślał, że to sprawdziłoby się jako pomysł na biznes. Prawdziwie trzeźwo zareagowała żona właściciela lokalnego bistro. Rozsyłała uśmiechy, chodząc między ludźmi i wskazując drogę do swojego baru. Szybko zapełniła lokal przyjezdnymi. Wśród nich Adam zauważył dziewczynę, która bardzo mu się spodobała. Znikła mu z oczu, kiedy weszła do baru.

Zaczął chodzić po mieszkaniu, sprawdzając czy wszystko spakował. Replikę pistoletu celowo zostawił przy lustrze. Chciał, aby kolejny lokator mógł przyjrzeć się sobie, kiedy znajdzie broń. Wziął ją do ręki i parsknął śmiechem. Skontrolował czas. Schował pistolet za pas, a z plecaka wyjął książkę. Zszedł do sieni. Chodził w te i we w te, przystawał. Wyszedł przed kamienicę i stał jeszcze chwilę. Ruszył w nienaturalnie wolnym tempie. W fantazji zdemaskowanie swoich zabaw z bronią, wydawało mu się czymś koniecznym. Logicznym krokiem, który należało wykonać przed wyjazdem na projekt. Pozostawienie repliki przed lustrem było gestem pozbawionym potencji.

„Niech żyje życie” wyszeptał. Wszedł do bistro. Przystanął za drzwiami. Nikt nie zwrócił na niego szczególnej uwagi. Wypatrzył dziewczynę, siedziała przy ścianie zajęta rozmową. Podszedł do kontuaru i zamówił kawę. Przyglądając się ludziom widział co innego, niż kiedy patrzył na nich zza okna pokoju. Teraz to ich zachowania wydawały się usprawiedliwione, nie jego. Miał wyjąć fałszywy pistolet, aby wystraszyć ich naprawdę. Finalny punkt wycieczki, zaalarmowane zmysły chłonęłyby końskie dawki refleksyjności. Po wszystkim wytłumaczyłby swój ruch, jednocząc ludzi w barze we wzajemnym zrozumieniu.

Podano mu kawę. Uniósł i natychmiast odłożył filiżankę. Bardzo drżały mu ręce. Skontrolował czas. Uniósł filiżankę i spodek obiema rękami i podszedł do stolika dziewczyny.

– Dzień dobry. Czy wypijemy razem kawę i porozmawiamy? – zapytał. Dziewczyny przy stoliku zawiesiły rozmowę i przyglądały się mu w milczeniu. Ładniejsza z nich podniosła pytająco brwi.

– Zauważyłem cię z okna pokoju. Jesteś bardzo ładna. Chcę choć chwilę z tobą porozmawiać, bo później… bo nie, żadnego później, za pół godziny stąd wyjeżdżam. A więc mogę się dosiąść? Celowo zwracał się tylko do jednej z nich. Dziewczyny wymieniły spojrzenia. Zrobiły dla niego miejsce.

– To, co powiedziałem zabrzmiało chyba dość dziwnie. Domyślam się, że tak. Ale za pół godziny nie będzie mnie tutaj. Wolę żałować konkretnych słów niż tego, że nie podszedłem się przywitać. Jestem Adam.

Przedstawili się sobie. Zapadło milczenie. Adam przyglądał się dziewczynie. Jej usta były obficie powiększone szminką, a włosy ufarbowane. Nie była tak ładna, jak zdawało mu się w pierwszym spojrzeniu. Tym prędzej chciał podarować jej książkę i wytłumaczyć, dlaczego awaria autokaru to przypadek, którego nie mógł zignorować.

– Jechaliście na wycieczkę? – zapytał.

– Tak. Last minute. Dwie doby w zameczku. Bardzo tanio… być może cena nie obejmowała sprawnego autokaru – zażartowała dziewczyna. A ty, gdzie się wybierasz? – zapytała. Nie chciał o tym mówić. Chciał wytłumaczyć, dlaczego ma dla niej książkę.

– Wyjeżdżam, bo nie chcę tutaj dłużej zostać. – zaczął z grymasem na twarzy. – Słuchaj, wyjadę stąd  na rok. Nie mam pojęcia, czy po roku wrócę. Miałaś chwilę, żeby rozejrzeć się po okolicy. To miejsce samo za czymś tęskni. Ja nie będę do niego wracał… pamięcią. – Przerwał na moment, a kiedy zdecydował się kontynuować, mówił rozmyślnie ciepłym głosem. – Nie chcę wyjeżdżać stąd bez żadnego gestu. W pokoju, który tutaj wynajmowałem, naprodukowałem tych gestów zbyt dużo i po nic. Słuchaj, chcę dać ci książkę i chcę móc do ciebie napisać z Francji. Teraz nie chcę dowiadywać się zbyt wielu rzeczy o tobie. – Przerwał i wyjął książkę. Otworzył ją na zaznaczonej stronie. – Chodzi o to jedno opowiadanie, Talpa* – wskazał palcem na tytuł. Cofnął rękę i wtedy dziewczyna przytrzymała dłonią zamykające się strony. Przestał mówić, żeby poznać jej reakcję. – Chcesz mnie jeszcze słuchać? – zapytał. – Mów dalej. Nie mam pojęcia do czego zmierzasz, ale dajmy temu szansę. – odpowiedziała. Ta pobłażliwość odjęła mu zdenerwowania. Nie czuł już, że prezentuje przed nią coś nienaturalnego. W tym opowiadaniu jest dwóch mężczyzn. – kontynuował. – Jeden toczony przez śmiertelną chorobę. Drugi to jego brat. – mówił ciszej. W jego głosie była słyszalna wyraźna ulga. – Kiedy ten pierwszy powoli umiera, pomiędzy jego żoną a bratem narasta żądza. Nie mogą się zejść, póki tamten nie umrze. Chory prosi, aby zabrali go do cudownego sanktuarium w Talpie. Wiedzą, że nie można mu pomóc, i że pielgrzymka go zabije. Aby mogło się to stać rozwiązaniem dla ich sytuacji, muszą udawać, że wieżą cudowną moc Talpy. Nawet nie muszą o tym rozmawiać. W drodze zostawiają brata za sobą i kochają się na przydrożnych polach. –Przerwał na moment i samemu zastanowił się, czy na pewno o tym jest opowiadanie – To okropna historia, ale nie brzmi nieprawdopodobnie.  – powiedziała dziewczyna.  – Dlaczego mi o tym mówisz? – zapytała. – Okropna jest tylko choroba, którą ci dwoje wybierają.  – odpowiedział i mówił dalej  – Jadę do Francji, żeby pozbyć się człowieka, chorego w ten sam sposób, co tych dwoje. Nie dam rady w pojedynkę. Samemu zresztą mi na tym nie zależy. Najlepiej jeśli w książce zostawię ci swój adres e-mailowy. Tylko jeśli napiszesz pierwsza, to może się udać. Sięgnął po książkę i zapytał dziewczyny, czy ma przy sobie długopis. Pożyczyła go jej koleżanka. Zanotował adres z na okładce. Spojrzał na zegarek. Muszę już iść  – powiedział  – inaczej spóźnię się na samolot. Nie wiem, co miałbym powiedzieć na pożegnanie. Powiedziałem wszystko, co chciałem dziewczynie, którą zauważyłem z okna. Dziękuję, bardzo dziękuję, że mogłem to wszystko powiedzieć. Do usłyszenia, odpiszę do ciebie z Lille – powiedział wstając od stolika.

Wrócił do pokoju. Był bardzo niezadowolony z wizyty w barze. Dostosował się do obyczajów miejsca. Nikt u niego niczego nie zamówił, więc zdobył się jedynie na rozmowę. Do dziewczyny mówił nazbyt szybko, aby nie miała okazji powiedzieć niczego, co mogłoby go ośmieszyć. Odłożył pistolet z powrotem pod lustro. Dołożył karteczkę z napisem „Symbole są drzwiami do pustych pokoi”.

Musiał się spieszyć, aby zdążyć na przystanek niosąc ciężkie bagaże. Przechodząc obok bistra nie zauważył już dziewczyny.

 

*     „Talpa” z: Juan Rulfo „Równina w płomieniach” Wydawnictwo Literackie, Kraków 1971.

 

Daniel Orzadowski – Rocznik 1983. Pochodzi z Siemianowic Śląskich. Pracuje w organizacji pozarządowej. Bez dorobku literackiego.