„Matka Boska też była człowiekiem” to tytuł nader ciekawej serii kolaży fotograficznych Agaty Grzych, młodej absolwentki Uniwersytetu Artystycznego i ASP w Poznaniu, przedtem zaś wrocławskiej AFA. Nawiązującą z pewnością do wrocławskiej wystawy „Santo Subito” z 2007 roku. Agata Grzych prezentuje niewielkich formatów barwne wizerunki Matki Boskiej z Lichenia, chociaż może nie tyle Matki Boskiej, co plastikowych butelek uformowanych w Matkę Boską z Dzieciątkiem – główkę albo koronę odkręca się, bo to nakrętka. Taki towar można nabyć w dowolnej kolorystyce: Jadowity róż, żółć jajeczna, błękit paryski itp.). na licheńskim bazarze razem z różańcem, portretem Jana Pawła II, „trójwymiarowym”, gdzie oglądany pod jednym kątem papież uśmiecha się chytrze, a pod innym cierpi, zatroskany, a także bibelotami nawiązującymi do tutejszego cudu, mianowicie odciśniętych w kamieniu stop objawionej Matki Boskiej.
Artystka nacina takie butelki i uzupełnia elementami popularnych zabawek dla dzieci. Dla przykładu: spod fałdy długiej do ziemi sukni wyziera nóżka lalki Barbie, oczywiście w seksownym pantofelku na wysokim obcasie. Lub halloweenowy szkielet. Lub z otwartego brzucha ukazują się prawidłowe anatomicznie wnętrzności.

Agata_Grzych_03

Odpowiedź na tytułowe pytanie wydaje się więc jasna – była człowiekiem!

Ale czy jest? Kult maryjny to jedna z największych zagadek współczesnej realnej kultury masowej, i to nie tylko w Polsce. Jest krępujący dla wyrafinowanych, chłodnych teologów, jest upolityczniony aż do bólu, wygrywany i manipulowany, i tym samym praktycznie trudno dostępny badaniom na gruncie antropologii kultury.

Przywołam wypowiedzi Petera Fussa na okoliczność „Santo Subito”. Mówił mianowicie: „Interesuje mnie, jak moi rodacy uzewnętrzniają swój szacunek, miłość i kult Jana Pawła II. Jak funkcjonuje jego wizerunek. Gdzie się pojawia i w jakiej formie. W Licheniu można po mszy poświęcić tandetne – made in China – pamiątki z papieżem, stają się wtedy specyficznymi fetyszami. Są tez źródłem niezłego dochodu. Zarabiają na nich i producenci, i handlowcy, i księża marianie. Producenci, z którymi rozmawiałem, podkreślali, ze czekają na moment, kiedy Jan Paweł II zostanie ogłoszony świętym, bo wtedy ich interes będzie się jeszcze lepiej kręcił. Oni wołają Santo subito (natychmiast święty!), bo to przybliża ich do czasu większej prosperity.”

Fuss zatem dotyka ekonomicznego aspektu międzynarodowej maryjności: producentem dewocjonaliów coraz częściej są komunistyczne, totalitarne Chiny. Chiny, gdzie prawo nakazuje kobiecie aborcję drugiego dziecka, skąd ucieka się na Tajwan, by donosić płód. Tytułowe pytanie Agaty Grzych w odniesieniu do tego kraju musiałoby otrzymać przeczącą odpowiedź. W aktualnych warunkach Maryja jako Chinka postąpiłaby zapewne tak, jak postąpiła onego czasu: uciekłaby zagranicę, aby ratować dziecko. Chodziłaby może po nowojorskim Chinatown. Tkałaby może wycieraczki z wizerunkiem Mao Tse Tunga. Sprzedawane na bazarze podobnym do tego w Licheniu. W każdym razie jako Chinka prawdopodobnie nie miałaby kuzynki Elżbiety. Statystyczny Chińczyk nie ma siostry ani ciotki, ani kuzynki, ani wujenki, ani stryjnej.

Nadmieniam o tym, gdyż realne życie dostarcza silniejszej dawki surrealności niż potrafiliby Salvatore Dali albo Max Ernst.

Agata Grzych wygląda na głęboko zafascynowaną wyzwaniami, jakie zawiera w sobie maryjność, a także dzisiejsza konwulsyjna religijność popularna. Pyta, czy brzydota jest grzechem. Czy można liczyć estetyczną, horribile dictu, ohydę, z uniesieniami tłumów na placu św. Piotra, na mszach papieskich, pielgrzymkach pobożnych? Ohyda estetyczna – ale co to znaczy? Do plastikowej butelki wlać można soczek i mleczko, można spirytus. O profanacji pisywano już nie raz. O wynaturzeniach współczesnej sakralności. Na co słychać zazwyczaj: kwestia gustu. A o gustach się nie dyskutuje, przeciwnie, wyszydzanie człowieka poczciwego… Nie wiadomo, który nurt współczesnego katolicyzmu okaże się silniejszy na dłuższą metę: popularny czy elitarny. Czy krępująca estetyka ostatecznie zatriumfuje i trwale wyprze z przestrzeni praktykowania wiary wielką sztukę. Jeśli nie, to działania artystyczne Agaty Grzych i jej podobnych, niejednokrotnie brutalniejsze (hasłowo podam: Dorota Nieznalska), okażą się tylko publicystyką ku przestrodze.

Lecz jeśli obserwujemy zmierzch wielkiej kościelnej sztuki, koniec angażujący uznanych artystów, choćby krakowskiej ASP, mających swój odział w „zapapieżeniu” Polski, to stajemy wobec fenomenu wartego analizy. Agata Grzych akurat próbuje już od jakiegoś czasu dociec, czym jest ta brzydota. Na przykład, czy jest grzechem? Czy w szpetnym artefakcie jest coś immanentnie złego? Różnie tu można próbować odpowiadać. Ona sama zestawem swoich fotografii „Omnes sancti martyres, R. orate pro nobis. (wszyscy święci męczennicy módlcie się za nami)” łączy sceny męczeństwa wedle pobożnych hagiografii z elementami obecnej codzienności. Jej patronka, święta Agata, to naga współczesna, długowłosa dziewczyna; święty Bartłomiej ma na sobie normalne ubranie. Świętego Wita nie widać, natomiast na pierwszym planie dominuje błyszczące naczynie z naszej kuchni. Inwazja współczesnych szczegółów zmusza do aktualizowania treści, fabuł, a także pouczeń wyprowadzanych z żywota świętej osoby. Po to je spisywano. Co, swoją drogą, oznacza, iż we wzorcowym żywocie, w żywocie Jezusa z Nazaretu, wyeksponowane zostają ledwie dwa ostatnie dni – dni pojmania i męczarni.

Agata_Grzych_01

Tak wydają się postrzegać wiarę (a może nawet i Polskę) wyznawcy popularnego nurtu. Z tej perspektywy znika radość życia Jezusa, Maryi, a przyszła ukrzyżowana męczennica, święta Julia w z Kartaginy, sprzedana przez Wandalów do Syrii, ani na chwilę nie zapomina, jak nisko upadla. W ogóle nie ciekawi jej nowy kraj, poglądy domowników, idee społeczeństwa, w jakie przeniósł ją zagadkowy los. Maryja uciekająca do Egiptu nie byłaby, analogicznie biorąc, ciekawa Aleksandrii. I Chinka na nowojorskim bruku omijałaby z daleka Columbia University albo wystawy galerii Soho.

Polski patriota nie czytuje autorów renesansu, figlików ani fraszek, płacze tylko nad rozbiorami, nie sięgnie po kuplety Zielonego Balonika ani kabaretu Qui pro Quo, bo zaciska zęby nad katyńską Golgotą polską. Latami wspomina się utratę dóbr i statusu, czyli nie jest to bynajmniej mentalność – jeśli tak wolno powiedzieć – konstruktywnie podchodząca do problemu.

Popularnej wierze poświęca się coraz więcej studiów i komentarzy chociaż, jak już zaznaczyłam, jest to trudne. Trudne już z jednego powodu. Opis czysto zewnętrzny jest zawsze powierzchowny. Pozostaje zewnętrzny bez osobistego doświadczenia. Czy konieczne jest osobiste przezywanie uniesień i subiektywne poczucie męczeństwa pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu? Pytam zupełnie serio, bo to samo dotyczy rozpraw o miłości przez kogoś, kto nigdy nie kochał, o odwadze, który zna ją tylko ze słyszenia. Byłoby to martwe. Klasyczny mit bez rytuału.

U Agaty Grzych humor i czarny humor, prostota i nieodłączna od prostoty ducha dociekliwość (brak politycznej poprawności) Są wyrazistsze niż odwaga jakiejś świadomie profanatorskiej akcji. Oskar Wilde powiadał: tylko świętość jest winna tego, aby ją profanować. Tak więc artystka podchodzi do spraw z ostrożnym dystansem. Ponieważ pyta. Czym jest brzydota? Ujawnieniem podświadomości? Rzeczywistej szpetoty duszy? Ale czyjej – twórcy czy widza?

To są na razie tylko pytania. Lekkie, z uniesioną nieco brwią.

Agata_Grzych_04

Agata_Grzych_02

Tekst: Urszula M. Benka

Prace: Agata Grzych