Nie słuchajcie rosyjskiego ministra kultury, czytajcie komiksy! – Paweł Mączewski

Minister kultury Rosji stwierdził ostatnio, że dorośli czytelnicy komiksów to kretyni. Całe szczęście nie interesuje mnie jego zdanie i was też nie powinno. Poniżej znajdziecie kilka porządnych komiksów, którym warto dać szansę.

Lata mijają, ja się starzeje, a fani komiksów wciąż muszą znosić opinie gadających głów, traktujących to medium jako formę podrzędnej i deprymującej rozrywki. Jak podaje portal NaEkranie: „rosyjski minister kultury, Władimir Miedinski, określił w jednej z wypowiedzi dorosłych czytelników komiksów jako kretynów”. Co ciekawe, pod koniec zeszłego roku, w podobnym tonie o komiksach wypowiadał się też Bill Maher – amerykański komik i prowadzący programu publicystycznego w HBO. Całe szczęście obaj panowie nie są specjalistami w dziedzinie komiksów. Ja nim jestem. 

Oczywiście nie każdy komiks to dzieło sztuki – jak wszędzie, tak i tu natkniecie się na szrot. Dlatego przygotowałem dla was kilka porządnych tytułów, którym warto dać szansę. Znajdziecie tu coś dla młodszego czytelnika, coś dla fanów mrocznych kryminałów i krótką historię pewnego klasyka.

JAŚ CIEKAWSKI

Scenariusz i rysunki: Matthiasa Picard. Polskie wyd.: Kultura Gniewu. 

Pssst, hej, macie ochotę na narkotyki bez narkotyków? Bo takie właśnie doznania oferują nam dwa albumy 3D o przygodach niejakiego Jasia Ciekawskiego (tzn. tak właśnie sobie wyobrażam działanie narkotyków, bo nigdy ich nie brałem i wy też nie powinniście). Pierwsza część zatytułowana „Jaś Ciekawski: Podróż do serca oceanu” wyszła w Polsce w 2013 roku za sprawą wydawnictwa Kultura Gniewu. Jej autor Matthiasa Picard przedstawił w niej krótką i pozbawioną jakichkolwiek dialogów historię, której geniusz polega na jej prostocie. Każda kolejna strona zabiera nas w coraz głębsze odmęty, odkrywając przed nami nieznaną roślinność, czyhające w mroku niebezpieczeństwa i dziwne podwodne stworzenia. Nie potrzeba tu opisów, objaśniających skąd wzięły się zatopione wraki, do kogo należały skarby w zarośniętych glonami skrzyniach lub kto mieszkał w ruinach pradawnych miast. Wystarczy, że zadziała nasza wyobraźnia. Wrażenia potęguje szczegółowa kreska Picarda i wspomniany efekt 3D, który autor opanował do PERFEKCJI. Ten komiks wychodzi ze stron, sprawiając, że się chce aż chwycić dłonią faunę i florę z dna oceanu! Cieszy więc niezmiernie, że już pod koniec września wychodzi kolejna przygoda Jasia, który tym razem wybiera się w podróż przez dżunglę – prehistoryczną dżunglę. Podobnie jak za pierwszym razem, komiks będzie pozbawiony dialogów i opisów, stając się tym samym lekturą zrozumiałą w takim samym stopniu dla dzieci, dorosłych, a może i rosyjskiego ministra kultury. 

 

SKALP

Scenariusz: Jason Aaron. Rysunki: R. M. Guéra. Polskie wyd.: Egmont. 

Historia tego komiksu zaczyna się tak, jak mógłby brzmieć początek jakiegoś starego, nieśmiesznego kawału – do baru wchodzi łysy Indianin z nunczako… tylko że potem zamiast puenty zaczyna się jatka. Tym mężczyzną jest Dashiel Zły Koń, który właśnie wrócił w swoje rodzinne strony, gdzie się wychowywał, do rezerwatu plemienia Dakotów. Nie chce tu być, ale nie ma wyboru, jest na służbie – to tajny agent FBI. Jest tu by rozwikłać zagadkę morderstw popełnionych przed laty. Jednak znajdzie tu o wiele więcej – swoje uzależnienie od narkotyków, przemoc, seks, porachunki gangów, członków rodziny, a może i w pewnym momencie znajdzie też trochę siebie. 
Jason Aaron, autor historii zamkniętej w pięciu grubych albumach (załączona okładka pochodzi z pierwszego z nich) wspomina, że inspiracją dla niego była autentyczna sprawa Leonarda Peltiera, członka społeczności rdzennych mieszkańców Ameryki oraz aktywisty, którego aresztowano za zabójstwo dwóch agentów FBI w 1975 roku.

To nie jest jedna z historyjek z podziałem na dobrych i złych – każdy jest tu w mniejszym lub większym stopniu produktem miejsca, które wykorzystuje słabszych, dając się bogacić tym bezwzględnym. Jednak kryminalna zagadka staje się tłem dla ukazania nam, czytelnikom, życia rdzennych mieszkańców Ameryki w rezerwatach – strzępach ziemi, która kiedyś w całości należała do nich, ale potem przyszedł biały człowiek i jego wizja „postępu”. 

Akcja komiksu dzieje się w fikcyjnym rezerwacie Prairie Rose i graniczącym z nim White Haven w Nebrasce. Dowiadujemy się, że w tym drugim mieszka zaledwie 28 osób, ale roczna ilość spożycia piwa to 4 miliony puszek. Chociaż ta suma wydaje się absurdalna, odsyłam do opisów jakości życia w prawdziwych rezerwatach. Cytując Artura Domosławskiego z tekstu dla Polityki „Indianie, wyrzut sumienia”: „W całych Stanach żyje dziś dwa i pół miliona Indian, należą do 500 plemion. Milion z nich mieszka w 326 rezerwatach. Statystyki mówiące o życiu w rezerwacie Pine Ridge w Dakocie Południowej, który odwiedził Jarkowiec (reporter, autor książki „Powrócę jako piorun. Krótka historia Dzikiego Zachodu”, przyp. aut.), deprymują. To drugi co do wielkości rezerwat indiański, liczący 30 tys. mieszkańców. Pars pro toto. Na pięciu dorosłych czterech nie ma pracy, roczny dochód na głowę mieszkańca – 4 tys. dol. (13 razy mniej niż w całym kraju), śmiertelność noworodków – trzy razy większa niż średnia USA; odsetek samobójstw wśród młodych – cztery razy większy. Narkomania i narkobiznes, alkoholizm, depresja, zła opieka medyczna. Ludzie żyją tu krócej o 10 lat niż w ubogiej Afryce: średnio 50 lat. Trzeci Świat – tzn. świat pokolonialny – wewnątrz najbogatszego mocarstwa”.

Dobitnie przypomina, jak Stany Zjednoczone, które uwielbiają opowiadać o wolności i bohaterstwie, zbudowały swój kraj na ludobójstwie i niewolnictwie. I po dziś dzień kraj ten jest beneficjentem wykluczeń i niesprawiedliwości wobec mniejszości etnicznych. Amerykański sen o odwadze i wolności dla wszystkich? Pobudka Ameryko, zesrałaś się. 

LOBO

Scenariusz i rysunki: różni autorzy. Twórcy postaci: Roger Slifer i Keith Giffen (redesign przy współpracy z Alanem Grantem i Simonem Bisleyem). Opisywane albumy pochodzą z polskich wydań od TM-Semic. 

Lobo w języku portugalskim i hiszpańskim oznacza „wilk”. Jeżeli jednak zajrzycie do komiksów DC Comics o przygodach Ważniaka, dowiecie się, że to samo słowo w dialekcie khundyjskim tłumaczy się na: „Ten, który pożera twoje wnętrzności i bardzo się z tego cieszy” (geek alert: Khundia jest planetą położoną w sektorze 422, niegdyś zamieszkałą przez wyjątkowo agresywne plemiona zawsze chętne do jakiejś bitki). 

Kim jest Ważniak? To właśnie Lobo – Ostatni Czarnian, przekonany o swojej wyjątkowości sadysta-hedonista z wrażliwością i intelektem młotka do ubijania mięsa. Super silny, super wytrzymały – super drań z umiejętnością regeneracji, a przez pewien czas mogący sklonować się dzięki nawet jednej kropli krwi. Międzygalaktyczny łowca nagród, zawsze dotrzymujący słowa, dbający jedynie o swoje stado kosmicznych delfinów, który już jako nastolatek wymordował całą swoją planetę tylko po to, by być jedynym w swoim rodzaju (wyhodował owady przypominające skorpiony ze skrzydłami, które wykończyły wszystkie żyjące istoty na Czarni – sam później określił to wydarzenie pracą domową, z której wystawił sobie piątkę z plusem).

Polscy czytelnicy poznali go w 1994 roku, gdy za sprawą wydawnictwa TM-Semic do kiosków trafiło zbiorcze wydanie zatytułowane „Lobo – Ostatni Czarnian”. Była to pozycja o tyle ważna, że oprócz odważnego scenariusza Keitha Giffena i Alana Granta oraz obłędnych rysunków Simona Bisleya, prezentowała na nowo postać, która w komiksie debiutowała już 7 lat wcześniej z innym wyglądem i pochodzeniem. 

Oryginalnie Lobo pojawił się w 1983 roku w komiksie „The Omega Man #3” – wtedy był jednym z pomniejszych najemników/łowców głów. Zamiast wyglądu nasterydowanego członka motocyklowego gangu, był bladym kolesiem w obcisłym pomarańczowo-fioletowym kombinezonie. Nie pochodził też z Czarni, był Velorpianem – ostatnim żyjącym przedstawicielem rasy, którą wybili wrodzy im jaszczurowaci Psioni. 

Pomysł na nowy wizerunek Lobo wziął się z żartu – miał być parodią postaci posępnych twardzieli, jakimi byli The Punisher i Wolverine, wydawani przez konkurencyjne wydawnictwo Marvel. Ku zaskoczeniu twórców, czytelnicy potraktowali Ważniaka, jak pełnoprawną postać – ucieleśniając klimat szalonych latach 90., jaki panował w amerykańskich komiksach. To natomiast z czasem stało się przekleństwem marki, która w duchu mijającej epoki nieraz wypuszczała też słabe szorciaki, o których nie będę tu wspominać. 

W trakcie swoich licznych przygód widzieliśmy, jak Lobo został zmuszony eskortować przez pół galaktyki jedyną osobę, która też przetrwała holokaust Czarni – jego byłą nauczycielkę z czwartej klasy podstawówki. W „Lobo powraca” po przegranym pojedynku z innym zakapiorem, trafił do Raju; dokonując rzezi na całych zastępach aniołów, a później i demonów, zmieniając to miejsce w pobojowisko, przez co wywalczył sobie nieśmiertelność. W „Paramilitarnych świętach specjalnych” przyjął zlecenie od Królika Wielkanocnego na zabicie Świętego Mikołaja, a następnie wykonał zadanie! 

Zabijał, szlachtował, ginęły miliony – jednak w tym szaleństwie była metoda. Niekończąca się jatka w połączeniu z absurdalnymi fabułami, pozwalała twórcom na szydzenie także z takich tematów, jak formy masowej rozrywki (polecam sprawdzić album „Nieamerykańscy gladiatorzy”) czy wspomniana religia. W historii zatytułowanej „Lobo: Kontrakt na Bouga” nasz antybohater ma zmierzyć się z bóstwem, którego kult wyraźnie nawiązuje do religii chrześcijańskiej. Kiedy w końcu Lobo spotyka władców Nieba i Piekła, okazuje się, że to dwaj rozwydrzeni chłopcy – bracia, którzy z nudów wspólnie stworzyli kiedyś świat pełen ich mało rozgarniętych wyznawców, każąc się gorliwie czcić, karmiąc swoją pychę i próżność. Po co to zrobili? Bo mogli. Jednocześnie, kiedy ludzie wszczynają bunt i sprzeciwiają się woli Bouga, znikają też wszelkie hamulce i zaczyna się wielka planetarna orgia i pijaństwo. Ktoś mógłby się oburzyć, doszukując się w tym dziele krytyki kościoła, bezrefleksyjnej wiary, a także ludzi, którzy od niedzielnych mszy uzależniają swoje człowieczeństwo – na szczęście to tylko komiks o bladym kolesiu na kosmicznym motocyklu, a gorliwi chrześcijanie i konserwatyści są znani ze swojego dystansu i poczucia humoru. 

Warto w tym miejscu wspomnieć, że stacja telewizyjna SyFy zrezygnowała ostatnio z serialu „Krypton”. Osobiście nie uroniłem łzy, ale było to (jak na razie) jedyne miejsce, gdzie oprócz bohaterów DC Comics, widzowie mogli zobaczyć aktorską wersję Lobo. Postaci, która od blisko 30 lat wydaje się zawieszona w popkulturowym czyśćcu, nie pozwala o sobie zapomnieć, chociaż poza komiksem nigdy nie dano jej zagrać pierwszych skrzypiec. I bardzo, kurwa, dobrze. 

Wysokobudżetowe kino to nie miejsce dla tak bezkompromisowej i popieprzonej postaci – jest nim komiks. 

 

Paweł Mączewski – z wykształcenia socjolog, z zawodu dziennikarz. Były redaktor naczelny VICE Polska, obecnie sekretarz redakcji Magazyn Kreski, traktującego o sztuce komiksu. Publikował w Gazecie Wyborczej, recenzował na Film.org, pisze felietony do Naekraniepl. W wolnych chwilach ogląda klasyczne horrory, stare filmy akcji oraz rysuje komiksy o potworach.

–> Śledź autora na Facebooku.