ilustracja: Damian KoprowskiTamtej nocy obsługiwałem w pojedynkę wycinarkę. Szczęki maszyny otwierały się i zamykały w zaprogramowanym tempie. Musiałem wpasować się w ten rytm: włożyć plakat przed uderzeniem szczęk – po ich rozwarciu płynnym ruchem wyciągnąć plakat i ułożyć na drugim stosie, tak by po drodze nacięty kształt nie odpadł na podłogę. Operator urządzenia wygląda jakby tańczył: kroczek w stronę stosu z całymi plakatami / pół kroczku do urządzenia by zdążyć wsunąć arkusz zanim trzasną szczęki / następnie leciuteńko odchyla się do tyłu / a po rozwarciu szczęk do przodu by wyjąć nacięty plakat / i posuwistym ruchem umieścić go na drugim stosie / po czym ostatni ruch, najszybszy w sekwencji, błyskawiczny powrót do pierwszego stosu, aby zdążyć sięgnąć po kolejny arkusz zanim szczęki maszyny uderzą kolejny raz… Powtórz to osiemset razy. To działa na głowę. To co się myśli w trakcie takiej pracy przestaje mieć znaczenie, decydujące jest uczucie, jakie człowieka ogarnia. Uczucia odsłaniają widoki, które opisuję. Powtórzyłem zadaną sekwencję osiemset razy i odesłali mnie do Kima. Powiedziałem mu na przywitanie: ta maszyna, to całe pierdolone miejsce… A on do mnie: wszyscy musimy nauczyć się przebaczać i współczuć. Po raz kolejny objawiliśmy sobie predyspozycje mentalne.

Pomagałem Kimowi odbierać z plotera druki wielkiego formatu. Kim programuje, co potrzeba i potem maszyna wszystko robi sama. Łapaliśmy ostrożnie olbrzymie plakaty i układaliśmy je na paletach. Oglądaliśmy, jak kolejne wolniutko wychodzą z maszyny. Relaks i upokorzenie. Stoisz i czekasz, żeby móc przenieść rzecz. Starasz się o czymś myśleć, bo się boisz, że skapcaniejesz od tej roboty. Myślałem, że pomagając Kimowi doczekam do rana, ale zrobił się rejwach z przeoczonym zamówieniem. 25 000 folderów promocyjnych, których nie wykończyli ci z dniówki, ale zapomnieli o tym zaraportować. No to hura! I wszyscy do składania folderów, nowy target na tą noc.

Team lider określił ile sekund wypada na złożenie jednego folderu i podzielił robotę. Zwykła rzecz, gdyby nie hasło użyte w folderach. „Zobaczyć to uwierzyć”. Jakby ułożył je ktoś, kto dobrze mnie zna i chce znieważyć.

Fraza migała mi przed oczami folder za folderem. Sprzęty fabryczne, najęci do roboty ludzie, wysoki dach z którego zwisają lampy dające mdłe światło – nie sposób w to uwierzyć. To tylko kolejny zbiór kształtów. Jeśli zawiera znaczenie, tym gorzej dla mnie, bo nie potrafię go przyjąć.

Zobaczyć to
Uwierzyć

Zobaczyć to
uwierzyć

Zobaczyć to
uwierzyć

Kto wymyślił to hasło? Co on chce ludziom pokazywać do wierzenia? No chyba mam prawo zmarnować kilka sekund i przeczytać cały folder? Domy! Domy rodzinne reklamuje. Piękne przestrzenie, z pięknymi ludźmi w środku. Ależ widzę to, wierzę w to, pragnę tego. A skoro mnie nie stać, to chcę suterenę, ciasną i ciemną, z grubymi ścianami, gdzie pod sufitem zawieszę worek bokserski. Będę okrążał i okładał worek, aż po wspaniałe zmęczenie zawartym w tym akcie bezsensem. Zdecydowanie brakuje mi ruchu wokół nieruchomego punktu do którego wtłoczyłem samego siebie.

Zobaczyć to
uwierzyć

Zobaczyć to
uwierzyć

Zobaczyć to
uwierzyć

Starałem objaśnić sobie, co właściwie oznacza „uwierzyć”. Zbyt prędko manipulowałem folderami, nie potrafiłem złapać rytmu dla odpowiedzi. Napoczynałem raz po raz – uwierzyć, to znaczy… to znaczy… uwierzyć… Pozwoliłem sobie, żeby pójść z tym do łazienki.

W drodze ogarnęło mnie rozbawienie. Oto idę do kibla, żeby odpowiedzieć sobie, czym jest wiara. Cóż też wybrałem na przydrożną kapliczkę.

Odkręciłem kurek i trzymałem dłonie w strumieniu ciepłej wody. Po dotykaniu śliskiego papieru to bardzo przyjemne. Wtedy zobaczyłem naklejki na lustrze umieszczone ponad każdym z kranów.

Czy wykonałeś swoją pracę?
Czy twoja zmiana dobiegła końca?

Nie sposób nie odczytać napisu we własnym języku, jeśli jest umieszczony tuż przed oczami. To team lider, to jego sprawka. Jest opętamy wizją awansu. Wie, że na wyższe stanowiska tamci dopuszczają tylko swoich, więc robi się bardziej ichni niż oni razem wzięci. Posługuje się naszym językiem, żeby się im przypodobać. Jego nadgorliwa obecność jest tuż przede mną, w miejscu w którym mam święte prawo być sam.

Wróciłem do roboczego stołu. Kontynuowałem pracę jak szybko potrafiłem, żeby nadrobić czas spędzony w łazience. Bo nie wykonałem jeszcze swojej pracy. Bo moja zmiana nie dobiegła jeszcze końca.

Zobaczyć to
uwierzyć

Zobaczyć to
uwierzyć

Zobaczyć to
uwierzyć

Czuję się znieważony przez faceta, który nawet się tego nie domyśla. Chodzi wokół nas, a ja nienawidzę jego starannego uczesania, podniesionego na sztorc kołnierza, eleganckich butów jeszcze bardziej niż stopera, którym panuje nad tempem naszej pracy. Ale może tak powinien wyglądać człowiek. Facet jest zorientowany na cel, jak to się przyjęło określać. Na coś na zewnątrz niego. To zdrowiej niż zagłębiać się w sobie, gdzie nie ma się w końcu z czego utrzymać. Powiedziałem, że owładnął nim szał awansu, ale gdybym powiedział, że on chce się wydostać ze swojej pozycji, to już odsłania co innego. Pięć miesięcy temu pracował z nami przy jednym stole. Wtedy też nosił swoje eleganckie buty. Stopniowo oddala się od tych co gną, tną i kleją papier po nocach. Jawi mi się jako opętany awansem, bo w ten sposób mogę ośmieszyć go we własnych oczach. Umieścić w moim porządku świata, jako małego szatana obrzydliwych ambicji.
Perorując w ten sposób dobrnąłem do przerwy.

W kantynie usiadłem samemu, nie chciałem z nikim rozmawiać. To, co powiedziałem sobie podczas zginania folderów domagało się, abym natychmiast wydostał się z drukarni, albo żebym odpuścił biadolenie raz na zawsze. Zdecydowałem, że zajmę się czymś zupełnie spoza drukarni. Mam na telefonie te swoją kolekcję grafiki. Wolno przewijałem nowo dodane obrazki i zdjęcia, relaksowałem się. Którymś z kolei był Szaweł w drodze do Damaszku Caravaggia. Zobaczyłem siebie. Ułożyłem się na środku drogi w usprawiedliwiającym świetle z samego nieba. Gardzę celem drogi, skoro nie ja go wybrałem. Wyciągam ręce ku górze, zaraz zacznę mówić do tego, kto już dawno powinien wziąć pod uwagę moje myśli.  Dorobiłem Szawłowi dymek z tekstem jak w komiksie:

Nie pójdę
tam, gdzie mi każesz.
Nie pójdę – dlatego, że mi każesz.

Ruszyłem z kantyny prosto do Kima. Kim jada sam. W kantynie ludzie siadają wedle narodowości. Kim jest z Kambodży. Unikałem jego spojrzeń. Czułem się jak młodziak, który na oczach starszego brata znów upiera się przy swoim głupstwie. Kim przerwał posiłek i bez słowa przygotował ploter do druku.

Z plakatami poszedłem prosto do łazienki, aby zdążyć przed końcem przerwy. Nie zdecydowałem się obkleić lustra. W pewnym sensie lustro należało teraz do team lidera, więc naklejając na nie plakat wystawiłbym się na atak, którego nie mógłbym odeprzeć. Wszedłem do ubikacji. Przyczepiłem plakat nad sedesem na wysokości wzroku. Sikałem wpatrując się w niego. Ikona w mojej śmiesznej kapliczce. Po mojemu przedstawia prawdę: Szaweł zasługuje na karę.

Resztę plakatów zaniosłem do szafki. Do roboczego stołu wróciłem jako pierwszy.

Daliśmy radę zleceniu na godzinę przed końcem zmiany. Team lider nakazał sprzątanie hali.

Po jakimś kwadransie zobaczyłem jak rozmawia z Kimem. Przyszedł do mnie i powiedział, że chce żebyśmy porozmawiali w biurze.

Na jego biurku leżał mój Szaweł. Do góry nogami, na płasko, bez sensu. Team lider ikonoklastą w moim światku.

Usiedliśmy, a ten z miejsca zaczął wyjaśniać, po co nas wezwał. Myślałem, że doskonale wiem po co. Ale on nie powiedział ani słowa o Szawle. Pytał, czy rozumiemy, jakie są konsekwencje samowolnego używania sprzętu bez związku z zleceniami. Milczeliśmy, więc dodał, że będzie zmuszony zawiadomić przełożonych. Spojrzałem na Kima. Siedział z tym swoim niepojęcie łagodnym wyrazem twarzy. Powiedziałem team liderowi, że wydrukowałem plakat podczas lanczu, pod nieobecność Kima. Zdumiał się, że wiem, jak obsługiwać urządzenie. Wyjaśniłem, że bywam pomocnikiem Kima, gdy wydruki z maszyny muszą odbierać dwie osoby. Obsługi nauczyłem się obserwując, bo panel jest skonstruowany bardzo intuicyjnie. Zapytał znów, czy wiem z czym wiąże się używanie sprzętu wbrew jego przeznaczeniu. Gdyby powiedział choć słowo o Szawle, przyznałbym się do winy. Bez tego jego pytanie nie miało dla mnie żadnego sensu. Odpowiedziałem, że rozumiem. Musiałem jeszcze raz potwierdzić, że używałem plotera bez wiedzy Kima. Potem kazał nam wrócić do sprzątania.

>><<

Wylali mnie tego samego dnia przez telefon. Zastali mnie w łóżku, odsypiałem nockę. Powiedzieli, że zwalniają mnie ze skutkiem natychmiastowym za samowolne używane sprzętu drukarskiego. Odburknąłem, że rozumiem, byle szybciej zastopować tę groteskę. Zero szans, żeby w takiej rozmowie ktokolwiek miał się odsłonić z tym, jak rzeczywiście widzi zdarzenia tamtej nocy. Kadrowa recytowała swoje formułki, ale w jej głosie słyszałem, jak bardzo jej to obojętne. Mówiła, co musiała powiedzieć. A co ja miałem mówić – że zwolnili mnie, bo team lider chciał zabłysnąć; że zwolnili mnie, bo uczepiłem się obrazów wzmocnionych słowami i nie widzę niczego złego w drukowaniu ich przez ploter należący do drukarni. Moje plakaty zresztą nie są tak złe, jak reszta rzeczy, które ta maszyna drukuje. Ja nikomu nie perswaduje, że jakaś rzecz jest mu potrzebna. Wszystkie plakaty, które kiedykolwiek wydrukowałem, zabrałem do domu. Obkleiłem nimi ściany. (Kadrowa rozłączyła się, skoro nic nie mówiłem). Spojrzałem na Szawła. Zawiesiłem plakat naprzeciwko łóżka zanim położyłem się spać. Uniosłem ramiona, jak człowiek na obrazie. Mój gest nie wywołał żadnego wydarzenia. Uniesione ramiona zaczęły mnie boleć. Przewróciłem się na bok i opatuliłem kołdrą. Oto moja konwersja. Leżę i jedyny głos jaki słychać, to mój głos.
Jak się już nagadam, to zacznę szukać pracy.

 

Daniel Orzadowski – Rocznik 1983. Pochodzi z Siemianowic Śląskich. Pracuje w organizacji pozarządowej. Bez dorobku literackiego.

 

Damian Koprowski – www.behance.net/bluemoth