Właśnie zakończył się 32. Warszawski Festiwal Filmowy. Można było obejrzeć ponad 200 filmów z różnych stron świata, głównie z bloku wschodniego, ale też z np. Izraela czy Iraku. Z założenia WFF nie pokazuje filmów znanych reżyserów ani takich, które miały już wiele pokazów na większych festiwalach. Widz ma szanse na kino świeże i nieznane, nierzadko są to debiuty lub debiuty pełnometrażowe, pokazywane po raz pierwszy w Europie, Europie Wschodniej czy nawet na świecie.
Głównym problemem na takich imprezach jest to, że nie ma możliwości zobaczenia wszystkiego, dlatego zawsze towarzyszy mi poczucie straty, kiedy podejmuję decyzję, na które filmy pójdę danego dnia. Co więcej, kierując się intuicją oraz podpowiedziami organizatorów, mam całkiem spore szanse, że trafię na coś kompletnie złego bądź po prostu nie w moim guście.
Na początek zobaczyłam Koniec Guillauma Nicloux (ostatnio błyskotliwe Porwanie Michela Houellebecqa) z Gerardem Depardieu, który wciela się w postać myśliwego na polowaniu. Bardzo szybko jednak traci strzelbę, psa i pewność siebie i okazuje się po prostu grubym, samotnym starcem, błąkającym się po lesie, który to las nieoczekiwanie staje się zupełnie obcą przestrzenią dziwnych sytuacji. Reżyser miał tutaj szansę zdecydować czy jego opowieść pójdzie w stronę zacierania realizmu albo kompletnego szaleństwa, czy skupi się na ekspozycji starości i samotności. W rezultacie jest trochę tego, trochę tamtego, a efekt nie robi zbyt dużego wrażenia.

Potencjał tej historii stopniowo się ulatnia wraz z mieszaniem tropów stylistycznych czy oczywistością pewnych ciągów zdarzeń.
W moim odczuciu Festiwal został zdominowany obrazami dotyczącymi problemów z dojrzewaniem, trudnej młodzieży czy ogólniej – kondycji młodego człowieka we współczesnym świecie. Niektórzy poradzili sobie z tym lepiej, niektórzy gorzej. Do tych pierwszych na pewno możemy zaliczyć islandzkie Serce z kamienia w reżyserii Guđmundura Arnara Guđmunsona, które jest jego pierwszym filmem pełnometrażowym. Historia dzieciaków z rybackiej wioski, które odkrywają po raz pierwszy swoją seksualność i usiłują ją zaakceptować, jest po prostu świetnie skonstruowana, zagrana i opowiedziana. Nasz podziw rośnie, kiedy zastanowimy się, jak trudna jest praca z młodym aktorem, czy debiutantem – jak w przypadku Baldura Einarssona odtwórcy jednej z głównych ról. Jury doceniło ten film, przyznając mu aż trzy nagrody (Najlepsza Reżyseria w Konkursie Międzynarodowym, Specjalne Wyróżnienie dla Baldura Einarssona właśnie i nagrodę Jury Ekumenicznego). Tym bardziej dziwi mnie przyznanie Specjalnego Wyróżnienia w konkursie Wolny Duch dla nieudanej Anomii Vladimira Kozlova. Historia trójki dziewiętnastolatków z małej mieściny pokazana jest w sposób tak męczący i wtórny, że wręcz obrażający widza. Reżyser z uporem maniaka podkreśla beznadzieję położenia bohaterów, pustkę w ich głowach i trywialność ich marzeń, których nigdy nie spełnią, bo przecież nie ma dla nich żadnej przyszłości. Występujące tam postaci są schematyczne i pozbawione realizmu, są jakby matrycą, która ma spełniać wyłącznie edukacyjną funkcję. Być może reżyser miał jakiś szerszy zamysł, którego nie udało mu się zrealizować ze względu na brak funduszy. Zapowiadając swój film, podkreślił, że jego produkcja jest niezależna, oraz przeprosił za niedociągnięcia techniczne.

Na tym tle gdzieś pośrodku plasuję się koprodukcja grecko-polska, Park Sofii Exarchou o podupadłej olimpijskiej wiosce i młodych ludziach pozbawionych przyszłości. Borykające się z ekonomiczną beznadzieją dzieciaki spędzają gorące greckie lato, szlajając się po opuszczonych obiektach olimpijskich; wyładowując swoją frustrację na wszystkim i wszystkich dookoła. Dwójka bohaterów pozostaje w swego rodzaju związku, na który zdają się nie mieć wpływu, ani specjalnej ochoty. Nawet kiedy Dimitris oznajmia swojej dziewczynie Annie, że chce wyjechać, ona kwituje to parsknięciem pełnym niedowierzania. Niepozbawiony ciekawych momentów obraz bardziej przywołuje na myśl perspektywę Larry’ego Clarka niż twórców greckiej Nowej Fali. Exarchou pokazuje relacje bohaterów nie poprzez tutaj oszczędne dialogi, a raczej gesty i obrazy, jest bardzo skupiona na bliskim kontakcie z postaciami, tworząc piękne i wyraziste kadry. Cała historia nie ma puenty, brak tutaj głębokich kryzysowych momentów, co jeszcze bardziej uwypukla bezsens tego lata, czy całej egzystencji. Jednak mam wrażenie, że ten temat jest tak wyeksploatowany w kinie, że trzeba podjąć trochę więcej ryzyka, żeby czymś widza zaskoczyć.

Nagrodę za najlepszy debiut Europy Środkowej dostał film Bez Boga bułgarskiej reżyserki Ralitzy Petrovej. To, co nam przekazuje, nie jest bynajmniej optymistyczne; świat drąży entropia, miłość nie istnieje, związki to układ biznesowy, a dookoła trwa wieczna zima. W tym świecie Gana (Irena Ivanowa, która dostała nagrodę dla najlepszej aktorki na festiwalu w Locarno) uzależniona od morfiny pielęgniarka przechodzi przemianę – właściwie dzięki kontaktowi ze sztuką, a dokładnie z amatorskim chórem, który prowadzi jeden z jej pacjentów. Do tego momentu – uwikłana w nielegalny biznes sprzedawania kradzionych dowodów osobistych – Gana będzie wykonywać wszystkie czynności z obojętnością graniczącą z rezygnacją. Kiedy jednak spróbuje się wyrwać z zaklętego kręgu ponurego świata, w którym żyje – ten świat zrobi wszystko, żeby ją zmiażdżyć. Poruszające ukazanie jednostki zależnej od fatum, a także od systemu, ponoszącej konsekwencje własnych decyzji.
Równie ponury, choć różny stylistycznie, jest nowy film Brillante Mendozy, znanego choćby z nagrodzonego w Cannes Kinatay z 2009. Mama Rosa to obraz niepokojący i oddziałujący na zmysły. Oglądając go, wchłaniamy atmosferę ulic Manili w każdy możliwy sposób. Słyszymy krzyki handlarzy, wrzawę przy stolikach, a nawet wydaję nam się, że czujemy zapach wędzonych ryby i gotowanych jaj. Tytułowa Rosa jest głową rodziny, prowadzi malutki sklepik ze wszystkim, na którego zapleczu mieszka wraz z liczną rodziną i mężem uzależnionym od crystal methu. Dość szybko odkrywamy, że utrzymuje się głównie ze sprzedaży narkotyków. Gdy w wyniku szantażu zdradzi ją jeden z jej drobnych dilerów, do domu zawitają policjanci i zacznie się niekończące się przesłuchanie, a właściwie gra. Gra, którą bardzo ciężko wygrać.

Mendoza bez litości pokazuje skorumpowanie władzy i zależności ze światem narkotykowym w Manili. Obraz z kamery jest pełen szumów, momentami celowo nieostry, a cięcia czasami zaskakują. Widzimy bohaterów z bardzo bliska, mimo że tych twarzy zazwyczaj, tak samo, jak w Bez Boga, nie zdradzi żaden grymas. Ta dokumentalna zagrywka być może ma na celu przybliżenie widza do całej historii, bo nijak nie będziemy mogli się zaprzyjaźnić ani utożsamić z bohaterami – są oni przedstawieni z dystansu, oddzieleni pewną nieprzenikalnością. Tak jak u Ralitzy Petrovej, bohaterowie Mendozy są pełni rezygnacji i zgody na wszystkie aspekty losu. Zmiana jest niemożliwa, trzeba walczyć w ramach reguł gry.

Podobnie jak Mama Rosa żadnych nagród nie doczekał się film Daniela Castro Zimbróna pod tytułem Ciemność. Wywołał raczej mieszane uczucia wśród widzów, ale mimo tego, uważam, że warto o nim wspomnieć. Jeżeli chodzi o kino gatunkowe, to wybrałam się tylko węgierski kryminał Potwór z Martfu, z którego z kolegą jednak wyszliśmy, bo mógłby lecieć u nas w domu w telewizorze podczas przygotowywania obiadu. Sam reżyser Ciemności w wywiadzie z Martą Bałagą mówi o nim tak: „(…) to tak naprawdę połączenie kina gatunkowego, dramatu obyczajowego i thrillera psychologicznego. Ciężko zakwalifikować go do jakiejś konkretnej kategorii. Jest gdzieś… pomiędzy. Z tego powodu festiwale pokazujące wyłącznie filmy o tematyce fantastycznej czy horrory też miały z nim zresztą spory problem. Może to naiwne, ale wciąż pragnę wierzyć, że najważniejsza jest jakość filmu. A nie gatunek, którym określa się go w katalogu”.

Nie znamy za bardzo czasu ani miejsca wydarzeń, świat spowija trująca mgła, las jest przestrzenią groźną, a niewiadomego pochodzenia bestia terroryzuje rodzinę mieszkającą samotnie w drewnianej chacie. Bardzo oszczędne dialogi mają potęgować niepokojący klimat, a relacje między ojcem a dziećmi są co najmniej zaburzone. Tajemnica nie zostaje wyjaśniona. Reżyser wykorzystuje natchnione symbole – pojawia się wilk, kukiełki i martwe żuki – jednak ich interpretacje pozostawia widzowi. Tego mi brakowało we wszystkich prawie filmach, które miałam okazję zobaczyć na Festiwalu, więc pozwoliłam się uwieść narracji prowadzonej w Ciemności. Reżyser wymienia Tarkowskiego jako główne źródło inspiracji i widać tę fascynację w jego filmie na każdym kroku, nie jest to jednak minus.
Jak wspomniałam na początku – zawsze mam poczucie straty, wybierając filmy i teraz również wiem, że ominęłam parę tytułów, które warto było zobaczyć. Nowy film Xaviera Dolana, Przeobrażenie Michaela O’Shei czy Lantouri Rezy Dormishiana. Z niecierpliwością czekam, aż wejdą do dystrybucji.

Na tegorocznej edycji festiwalu miałam zdecydowanie pecha z wyborem filmów. Nie udało mi się trafić na nic elektryzującego i zapadającego w pamięć. Mam wrażenie, że sporo widzów miało podobny problem, bo ze zdumieniem obserwowałam, pierwszy raz chyba na WFF, ludzi gromadnie opuszczających salę w trakcie seansu. Mogę mieć tylko nadzieję, że za rok będzie inaczej.

Zuzanna Majer – rocznik 86. Z wykształcenia kulturoznawca i czytelnik. Publikowała w Pomostach i Wyspie.