>>> recenzja książki Zapiski semiotyczne Marcin Rychlewskiego, wydanej nakładem Wydawnictwa Katedra

Mam z tą książką ogromny problem. Może dlatego, że jest taka nierówna. Może ranga polecających ją autorytetów nie licuje z podejmowaną nieraz tematyką. Może sylwa nie jest jednak moją ulubioną formą, sytuując się jednak bliżej formalnego bałaganu niż swobody? Zapiski semiotyczne Rychlewskiego z jednej strony przeczytałem z dużą przyjemnością, z drugiej zaś – z pewną dozą rozczarowania.

Książka liczy sobie nieco ponad 200 stron i ukazała się nakładem wydawnictwa Katedra, publikującego na ogół rzeczy bardziej naukowe. Zapiski zaś są dokładnie tym, o czym informuje tytuł – zbiorem krótkich notatek na bardzo różne tematy, połączonych głównie semiologicznymi i kulturoznawczymi zainteresowaniami autora. Króluje tu forma felietonu, miniaturowego eseju, rzadziej pojawiają się fragmenty czysto literackie. Kolejność tekstów dobrano tak, by tematy kolejnych rozdziałów w miarę dobrze ze sobą współgrały, tak że przejście od średniowiecznych inicjałów, przez Dark Side of the Moon do źródeł sztuki nowoczesnej dokonuje się zaskakująco płynnie. Imponuje przy tym szeroki wachlarz zainteresowań autora. Jest tu miejsce na namysł nad literaturą, muzyką klasyczną i popularną, malarstwem na różnych etapach jego rozwoju, performancem, dalekowschodnią duchowością i całą masą innych jeszcze zjawisk, zawsze w kontekście nauki o znaku i znaczeniu. Biegłość posługiwania się semiologicznymi koncepcjami również należy ocenić na plus, jest to z resztą najbardziej chyba wartościowy element tej książki – uczy myśleć o rzeczywistości w kategoriach znaków i komunikatów. Na bardzo wielu, bardzo zróżnicowanych przykładach.

Co do jakości samych przemyśleń, bywa różnie. Część poruszanych przez autora tematów i przywoływanych interpretacji rzeczywiście daje do myślenia czy wskazuje perspektywy, z których warto spojrzeć na omawiany temat. Inna część, równie chyba duża, trąci z kolei banałem, jaki nie przystoi tego rodzaju publikacji. Błyskotliwy przypis do Van Gogha sąsiaduje z narzekaniem na płytką muzykę w radiu, świetna interpretacja poezji cudzej z nieświetną poezją własną. No właśnie, własną.

W krótkiej przedmowie autor informuje, że starał się stronić od osobistych wynurzeń i ekshibicjonizmu. Nie udało się. Nie umiem powiedzieć co może kierować socjologiem literatury, kiedy w książce dedykowanej krytycznym odbiorcom kultury i sztuki umieszcza obszerne przemyślenia na temat rozpadu własnej rodziny, pisane w tonie, jakiego można by się spodziewać po powieści obyczajowej czy osobistym pamiętniku. Niezbyt z resztą sprawnie – Rychlewski jest dużo lepszym eseistą niż pamiętnikarzem. Fragmenty, które w innym miejscu i czasie można by uznać za ciekawe, tutaj budzą wyłącznie dyskomfort i lekkie zażenowanie. Nie chodzi nawet o to, że nudzą. Po prostu… nie licują z oczekiwaniami publiczności. To tak, jakby Wiśniewskiemu dać do napisania posłowie do książki Bralczyka.

I skoro jesteśmy już przy zarzutach, mam jeszcze jeden. Autorowi kilkakrotnie przydarza się krytyka tekstów obcych mu kulturowo (głównie dalekowschodnich) z pozycji tak otwarcie europocentrycznych, że aż ciężko zrozumieć, co mogło go skłonić do sformułowania takich sądów. Jakby zupełnie nie był świadom, że przyjęte na Zachodzie miary i metody są pochodnymi pewnych ukrytych założeń, które w żaden sposób nie dają się nazwać obiektywnymi. Wytykać taoistom, że ich pojmowanie Wszechświata jest wewnętrznie sprzeczne – dość kuriozalne podejście.

Przez całe stulecia zachodni humaniści traktowali Orient w najlepszym wypadku pobłażliwie. “Wschodnia duchowość jest taka fascynująca i autentyczna, ale już na filozofii i logice to my się lepiej znamy”. W kilku rozdziałach Zapisków nadal bardzo wyraźnie widać egoztycyzujące podejście, którego najbardziej oczywistym wynikiem jest bagatelizacja i fragmentaryzacja bardzo złożonego dorobku obcych kultur. Trudno oczywiście badać z perspektywy innej niż własna, ale też absolutyzować nie zawsze trzeba.

Ale przecież pisałem już o czymś podobnym parę miesięcy temu, kiedy w swojej poprzedniej książce Rychlewski szturmował new age ukryty w serii o Harrym Potterze.

I tak to właśnie, w dużym skrócie, wygląda. Książkę mogę z czystym sumieniem polecić wszystkim, którym nie przeszkadzają takie nagłe spadki poziomu dyskursu, a są ciekawi, jak myśli człowiek widzący wszędzie znaki i symbole. Pozostali niech czują się ostrzeżeni – mogło być lepiej, wyszło tak sobie.

Michał Szymański

WN KatedraMarcin Rychlewski
Wydawnictwo Naukowe Katedra
ISBN: 978-83-63434-50-2