Kilka dni po poznaniu laureatów Literackiej Nagrody miasta Warszawy, rozmawiamy z Anną Janko, nagrodzoną w kategorii proza za książkę Mała zagłada – rodzinną opowieść o pacyfikacji wsi Sochy na Lubelszczyźnie i o traumie wojny, która nie kończy się nigdy.

Pani książka opowiada o traumie wojny, która przenosi się z pokolenia na pokolenie. Kiedy to się kończy? Czy także po to napisała Pani tę książkę, żeby zatrzymać przekazywanie tego piętna?

Terenia Ferenc w dniu Matki Boskiej Zielnej. Fotografia wykonana tuż przed wojną (fot. archiwum autorki, materiały prasowe)

Na pewno dzieci i wnuki rodziców, którzy przeżyli wojenną traumę, dziedziczą „blizny”. Co się dzieje dalej, tego nie wiemy, i chyba się nie dowiemy, skoro wybuchają  wciąż nowe wojny, kolejnym pokoleniom dostarczając nowych traum…  Czy książki na ten temat mają funkcję terapeutyczną? Na pewno. Uświadomienie sobie źródła cierpienia pozwala je zneutralizować, a co najmniej wziąć dystans. Demon nazwany traci swą moc…

W książce dała Pani wyraźny sygnał, że wojna jest stanem powtarzalnym i po prostu mamy szczęście, że żyjemy w czasach pokoju. To, co dzieje się przy granicach Europy jasno daje do zrozumienia, że niestety ma Pani rację.

Wojna krąży wokół nas i choć kurzu bitewnego nie widać, to czujemy coraz większy niepokój. Wojna schodzi z ekranów do „realu”…

Są w Polsce dość cyniczne głosy, że za długo już „odcinamy kupony” od tematu Holokaustu i że najwyższa pora zacząć patrzeć w przyszłość. Oczywiście, nie ma przyszłości bez pamięci, ale czy nie jest trochę tak, że Polacy wciąż muszą się z czymś rozliczać?

O Holokauście dyskutujemy w Polsce wcale nie tak długo, jakieś 20 lat, wcześniej mówiło się stratach i wojennej krzywdzie tak ogólnie; statystyki chętnie łączyły w swych liczbach ofiary polskie i żydowskie. Pamięć jest dynamiczna i polityczna. A ponieważ przeszłość jest jak worek bez dna, wybiera się z niej te treści, które  są najbardziej przydatne politycznie, i z nich tworzy się obraz całości.

Interpretacja wydarzeń historycznych jest zmienna, zależy od ustroju, kraju, partyjnych celów itd. Temat Holokaustu nie ma prawa zniknąć z dyskursu historycznego. To, co może drażnić, to właśnie interpretacje, zachwianie proporcji, no i holokaustowy biznes…

Olgę Tokarczuk ostro skrytykowano między innymi za antypolski wydźwięk jej ostatniej książki, Małą zagładę dotknęła zdaje się krytyka w takim samym tonie. Czy każda próba przedstawienia innej historii, nie ze szkolnych podręczników, musi napotykać taki opór?

W moim przypadku poszło o to, że zagłada w mojej książce dotyczy polskich wsi, że piszę o polskich (ale i białoruskich) chłopach palonych żywcem w stodołach. Gdy tymczasem współcześnie mamy w świadomości symboliczne Jedwabne. Tak naprawę jest to błąd w lekturze, niezrozumienie mojej autorskiej intencji i osąd recenzentki zbyt pochopny, zbyt emocjonalny. W Małej zagładzie pisałam o dzieciach, wszystkich dzieciach: polskich, żydowskich, białoruskich, czeskich, japońskich, które doznały potwornej opresji ze strony dorosłych agresorów. Dzieci nie rozumieją, czym jest narodowość, ale przeżywają cierpienie o wiele silniej, niż dorośli. A szkolne podręczniki to osobny temat, wojenna tragedia Zamojszczyzny na przykład, zwana „polskim holokaustem” jest tam zaledwie zasygnalizowana. To należałoby zmienić, jeśli mamy uczyć rzetelnie historii Polski.

Nagroda Literacka miasta Warszawy to prestiżowe wyróżnienie. Krzysztof Masłoń powiedział, że to niezwykle ważna książka, czy ta nagroda jest równie ważna dla Pani?

Nagrody są ważne dla pisarzy, bo są jakimś potwierdzeniem, że było warto. Pisanie Małej zagłady to był dla mnie wielki wysiłek poznawczy, emocjonalny, nawet fizyczny. Jak to się mówi, dałam z siebie wszystko i teraz muszę się na nowo zbudować. To, że książka odniosła taki sukces, dało mi poczucie, że ta praca miała sens. A o sens nam wszystkim chodzi, prawda?

Od lewej: Kropka, Jaś i Terenia. Zdjęcie zrobione około rok przed pacyfikacją Soch (fot. archiwum autorki, materiały prasowe)

Od lewej: Kropka, Jaś i Terenia. Zdjęcie zrobione około rok przed pacyfikacją Soch (fot. archiwum autorki, materiały prasowe)

A jak się czuje znana pisarka, która odbiera nagrodę za książkę o nieśmiertelności zła na sali pełnej eleganckich osób z kieliszkami w dłoni?

Tym razem sala z kieliszkami znajdowała się piętro niżej. Oczywiście w przypadku nagradzania książek o doświadczeniach granicznych, zdecydowanie nierozrywkowych, w atmosferze biesiadnej, można poczuć schizofreniczność sytuacji. Ja tę nieadekwatność potem muszę neutralizować (jednak nie alkoholem).  Ale nie przesadzajmy, człowiek to szczególne zwierzę, które potrafi odbierać rzeczywistość na wielu poziomach jednocześnie. Poza tym wszelka konwencja, gra, teatr społeczny, życie wirtualne, to podstawy kultury. Bez tego wszystkiego, prosto mówiąc bez udawania,  bylibyśmy cywilizacją z innej planety.

 

Rozmawiała Zuzanna.