Nikt nie napisał, nie ostrzegł, nie zaalarmował, że to się może wydarzyć. W żadnych „skutkach ubocznych” nikt nie umieścił drobnym drukiem informacji, że: uwaga, istnieje możliwości… wysoce prawdopodobne jest, że.… ani, że po prostu pojawić się może. A jednak się stało i po prozaicznej chorobie, która wyolbrzymia migdałki do rozmiarów kartofla dopadło i mnie. I w trakcie jednej z tych upojnych, gorączek sobotniej nocy, organizowanych przez kolektyw angina obudziłam się zaskoczona, nie niczym innym jak swoimwłasnym… chrapaniem. Ktoś powie, że niby sprawa to błaha, że drobnostka, że nawet pisać o tym szkoda. Ale osoba, która chociaż raz obudziła się w środku nocy, ze snu najtwardszego wyrwana swoim własnym chrapaniem, zrozumie ten moment szczerości i doświadczenie w nim tkwiące, bezcenne. Bo tu ważny jest właśnie element pierwszości, efekt razu pierwszego, niepoprzedzonego żadnym uprzednim założeniem, czy strategią przetrwania skonstruowaną w razie „w”, który to uchwycić nie łatwo. Moment czystego fizjologicznego zaskoczenia, że to we mnie tak drga i furga. Że to nie dźwięki z zewnątrz zakłóciły ciągłość sennego marzenia, ale, że coś we mnie tam w środku zwiotczało przy podniebieniu i teraz urządza koncert na dwie kosiarki. I choć w dzień z głosu emisją jest raczej nie bardzo to nocą tną powietrze moje decybele precyzyjnie jak sztylety.

Fot. Jagoda Cierniak // www.instagram.com/yahoda/

I po tym chwilowym zachwycie, oniemieniu rezonansem czaszki i wydolnością ciała, przychodzi właściwe rozpoznanie. Na raz wyskakują obrazy codzienne, fraszki życiowe, sekwencje sytuacji najbardziej prawdopodobnych. Gorzkie konsekwencje po pierwszym zachrapaniu. Teraz już nic nie będzie takie samo. Teraz w nocnych ciemnościach pokoju, przy popołudniowej sjeście, czy też gdziekolwiek opadnie zmęczona życiem powieka zaczną na mnie cmokać, gwizdać, poszturchiwać. Będą pod kołdrą kopać, drapać, fukać. Będą zabierać swój kocyk i spać na kanapie, zmieniać pokoje i domy. Oferować zabiegi, równać przegrody. Będą wymieniać znaczące spojrzenia i dobierać się w pary beze mnie. Rano będą patrzeć tym ciężkim z niewyspania i pełnym wyrzutów wzrokiem, że sen im się właściwy odebrało. Ale tu nic się zrobić nie da. Sprawa zamknięta siłą natury. Tego żywiołu nie powstrzymasz, nie uciszysz i choć zęby mocno zaciśniesz to i tak wybuchnie najmniej spodziewanie. Petarda. Chociaż liczysz dzielnie ile wdechów-wydechów udaje ci się utrzymać w formacie unisono i czekasz w pełnej koncentracji, by uchwycić moment, kiedy ton się zmienia, to próżne twoje starania.

Człowiek versus ciało sprawa z góry przegrana, siłą woli z chrapaniem nie wygrasz.

Mówią, że to oznaka starości, że wraz z biegiem lat coś tam się zmienia i już nie trzyma tak jak trzymać powinno. Mówią też, że dotyka głównie kobiety po menopauzie i mężczyzn po przejściach, tych ostatnich ponoć statystycznie i chętniej i częściej. Proste kategorie, skróty myślowe ułatwienia z internetowej wyszukiwarki, a temat jest przecież szeroki i ważny… a co więcej drażliwy. Domena raczej sfery prywatnej tej, której nie pokazuje się światu, intymnej ograniczonej do czterech ścian sypialni. A wystarczy puścić wodze wyobraźni, by zobaczyć ile światowych konfliktów, skandali mogło być chrapaniem podszyte. Dworskie intrygi i żarty, publiczne zażenowania i zawstydzenia, dotkliwe porażki i błędy popełnione przez skrajne niewyspanie. Ile to wierszy powstać mogło podczas bezsennych nocy, ile rozpaczliwych poematów o samotności dotkliwej i odrzuceniu z niewyjaśnionych okoliczności. Wreszcie ile wśród tych mijanych na co dzień anonimowych przechodniów ukrywa przed światem nocną tajemnice. Gdyby te wszystkie niewiadome uzupełnić chrapaniem… o witajcie nowe horyzonty, przestrzenie nieodkryte! Witajcie historie rozwikłane wewnętrznym drganiem ciała!

Wszystkie wątpliwości już teraz rozwiane, społeczne naznaczenia, ostracyzmy wyblakłe, bo nic już nie jest ważne w obliczu wejścia w wielką wspólnotę chrapiących. Tych, którzy się budzą swoim własnym furgotaniem, tych, którym dźwięcznie drgają podniebienia!

Sen! Honor! Chrapanie!

Ten moment rozpoznania tak początkowo dotkliwy staje się bardziej znośny, przyjemny. Na raz pojawiają się obrazy nowe, małe idylle, impresje o tych mieszkaniach przyjaznych chrapiącym, gdzie każdy i każda może w dogodnym dla siebie tonie, o akceptacji i sojusznikach, o kolorowych stoperach szczelnie wypełniających wrażliwe ucho, a wreszcie o przyzwyczajeniu, które pozwala zapomnieć…

 

Sabina Drąg