– Za kilka lat tam wyjadę. Moja rodzina jest bardzo bogata, mają dużo ziemi; siostrzeńcy dzwonią do mnie i proszą, żebym przyjechał i zajął się inwestowaniem ich pieniędzy; kiedy tylko Chiny zaczną nas znowu tam wpuszczać, tak zrobię. Powinienem był zrobić to zresztą wiele, wiele lat wcześniej.

– Kiedy?

Torma przez chwilę milczy; zdejmuje swoje nieodłączne przeciwsłoneczne okulary; widzę jego błękitne, przekrwione oczy; długie, intensywnie czarne rzęsy.

Gdy uciekałem z Tybetu, uciekałem – tak jak większość z nas – do Indii. W Dharamsali uczyłem się w dwóch szkołach, obie zamknęli zanim zdążyłem je ukończyć; razem z kolegami z tej drugiej uznaliśmy, że to znak, że coś wzywa nas z powrotem do domu.

Było nas czterech; ja uczyłem się z nas wszystkich najlepiej, to ja – po angielsku – załatwiałem naszą powrotną przeprawę przez granicę Indii i Nepalu, oni ledwie w obcych językach dukali; szybko stałem się naszym liderem.

Fot. Jakub Belina Brzozowski

 

Po pewnym czasie dotarliśmy do Katmandu. Mieliśmy przeczekać tu miesiąc, dwa – potem ruszyć z powrotem do Tybetu. Wtedy, na swoje nieszczęście, spotkałem znajomego z rodzinnych stron.

Ucieszyłem się na jego widok; wiesz, jak ważna jest dla nas lung pa[1], jak bardzo trzymamy się razem. Poszliśmy na cziang; to był jeszcze ten dobry, jęczmienny cziang, nie te ryżowe popłuczyny, które pijamy teraz. Był maj, alkohol szybko uderzał do głowy.

Pytałem go, co robi tutaj; on pytał, jakie są moje plany. Od słowa do słowa okazało się, że jest bardzo zamożnym człowiekiem, posiada dużą fabrykę tybetańskich dywanów. Chwalił sobie życie w Nepalu, mówił, że to przyjazny i wolny kraj. Po kilku kolejkach zaproponował mi, żebym został na miejscu i zaczął pracować dla niego. „Tam czekają na Ciebie tylko podsłuchy i chińska propaganda lejąca się z głośników”, powiedział.

Zgodziłem się zostać; na próbę, na miesiąc. Przepracowałem tam piętnaście lat.

W tym czasie udało mi się nawiązać kontakt z dziewczyną, z którą polubiliśmy się jeszcze w Indiach; wiedziałem, że jest w Nepalu, w Pokharze. Wysłałem list, a ona odpowiedziała; spotkaliśmy się, po kilku miesiącach byliśmy już małżeństwem.

Niedługo później urodził się syn, zamknęli fabrykę, ale ja znalazłem jeszcze lepszą, bardziej uszczęśliwiająca mnie pracę – zostałem nauczycielem. Z żoną układało się różnie, nigdy nie zarabiałem zbyt dużo, ale porównując się do innych uchodźców z Katmandu – myślałem, że w życiu naprawdę mi się poszczęściło.

Potem, jakieś siedem, osiem lat temu dostałem przepustkę na wizytę u rodziny w Tybecie. Moja siostra pracuje w jednym z rządowych biur, udało się tę przepustkę przedłużyć; znów mogłem budzić się w miejscu, gdzie się urodziłem, gdzie urodzili się moi rodzice i dziadkowie. Różnica była taka, że gdy byłem mały w naszym sąsiedztwie najszybciej było poruszać się koniem, a teraz na wycieczki po okolicy siostra brała mnie służbowym SUV-em.

Po pewnym czasie, przez przypadek, spotkałem jednego z tych trzech znajomych, z którymi razem miałem wrócić tu, do domu. W fabryce dywanów nie było dla nich pracy, więc postanowili trzymać się naszego wspólnego planu; wszyscy mieszkali teraz w Lhasie, byli dla siebie jak bracia; córka jednego z nich miała właśnie wyjść za syna innego.

Umówiliśmy się na piwo; ja przyjechałem autobusem, oni błyszczącymi, nowymi samochodami. Ich losy potoczyły się bardzo podobnie; byli przewodnikami, znali świetnie angielski i chiński, zarabiali na tym olbrzymie pieniądze.

Poczułem ukłucie zazdrości; moja pensja wystarczała jedynie na to, by posłać syna do nienajgorszej szkoły; o takich luksusach jak samochód nie mogło być nawet mowy.

Kiedy poruszyliśmy niewygodny politycznie temat, przeszli na angielski; tak, żeby nie zrozumiał nas żaden z gości baru, w którym siedzieliśmy. Oni mówili, ja tylko słuchałem; mój angielski nie pozwalał mi na to, by sensownie wyartykułować swoje poglądy.

„Co się stało?”, nie wytrzymał w końcu jeden z nich, „Dwadzieścia lat temu to my czuliśmy się przy tobie jak głupcy”.

Tym razem nie było ukłucia zazdrości; czułem, jak pali mnie mieszanka żalu i wstydu.

– Ale przecież nie musisz się do nich porównywać – komentuję europejskim, bezwartościowym bon motem – Gdybyś tam pojechał, nie zszedłbyś się ze swoją żoną, nie narodziłby się twój syn.

Miałbym inną żonę i innego syna. Mija dwadzieścia lat, a moim jedynym marzeniem jest wciąż powrót do domu. Przez lata łudziłem się, że żyję w Nepalu, bo jest tutaj lepiej, ale to nieprawda, Kuba. Nic na tym nie zyskałem, niczego nie wygrałem. Mam mieszkanie, ale tak naprawdę jestem bezdomny. Ta ucieczka i to, że nie powróciłem przy pierwszej nadarzającej się okazji, to mój największy życiowy błąd. Jedyne czego pragnę to szansy na to, by teraz, na stare lata móc go w końcu naprawić.

*

Przyjaciel Tormy, P. jest moim drugim nauczycielem. Jest dobrze zbudowany, bardzo starannie ubrany, przychodzi na lekcje w wyprasowanych, jasnych koszulach, ciemnych spodniach od garnituru; eleganckie buty przybrudzone są gęstym, nepalskim błotem.

P. cierpi na nieczęstą synestezję, odczuwa smak słów. Gdy popełniam błąd, krzywi się jakby przełykał właśnie gorzką, parzoną zbyt długo herbatę. Gdy mówię literackimi frazami, oblizuje z zadowoleniem usta.

 

P. też chce wrócić do Tybetu. Ale nie teraz – na starość. Odchowają tutaj z żoną córkę. Gdy będzie starsza, poślą ją do szkoły w Indiach; może na Zachodzie. Będzie już samodzielna, a oni starzy wtedy przeprowadzą się Lhasy.

Będziemy spacerować, mruczeć OM MANI, kręcić modlitewnym młynkiem. Kiedy się zmęczymy, siądziemy na ławce i zaśniemy na swoich ramionach.

P. przerywa, tak jakby chciał namyślić się nad tym, czego jeszcze oczekuje od swojej starości.

 

– Tyle – dokańcza po chwili – Chcę tylko tyle.

 

[1]     Tyb. Kraj, tutaj: mała ojczyzna

 

Fragmentarium.pl
Jakub Belina-Brzozowski