PET PL – Ahsan Ridha Hassan

Zacznijmy od najważniejszego. Do galerii przyszedł w jednym celu – zaliczyć mianowicie.

Przez bramy centrum handlowego przepłynął z szelestem markowego casualu. Czapka przechylona na bok, wystające spod niej ciepłe jeszcze od prostownicy włosy, oczy, to tajemnicze spojrzenie Jamesa Deana zakryte za czarnymi okularami, kwadratowa niemal szczęka, niemal jak na amerykańskich filmach, usta zadbane, codziennie starannie smarowne pomadką, kardigan łagodnie opinający wyrzeźbione ciało, T-shirt, zazwyczaj krzyczący modnie T-shirt, acz teraz zakneblowany przez szepczącą jakość i drogość wspomnianego sweterka, opuszczone nieco jeansy, prezentujące bokserki od Włocha dla starszych nieco mężczyzn i podwinięte nieco nogawki prezentujące buty w całej okazałości okazałe, nieco kolorowe, z paskami. Wkroczył pewnie i dumnie, z nonszalancją właściwą osobom popularnym, znanym zbyt długo, by przejmować się westchnieniami i spojrzeniami.

Lekceważył spojrzenia.

Jednak sam chętnie spoglądał. Zapuszczał radar. Na biusty, na cycki, na nogi, na tyłki, na usta i na spojrzenia. Przejeżdżał skanerem od lewej do prawej, od prawej do lewej, z góry na dół i z dołu w głąb, zastanawiając się, czy łatwa, czy da, czy ma szansę. Skanował pojedyncze egzemplarze, mniejsze grupki i całe stada. Skanował spokojnie, bez zażenowania, za czarnymi szkłami okularów, które gwarantowały dyskrecję. I bezpieczeństwo ostrych brzytew granic jego niezależności.

Ale zacznijmy od wyjaśnień.

Przyszedł do galerii nie na spontan, nie, żeby ot tak podejść, zagadać, a potem pójść w ślinę, wziąć, nie uprawiać pięknej miłości, a właśnie wziąć, zwyczajnie bzyknąć. W toalecie. Lub w poczekalni dworca. Po prostu. Szybko i intensywnie. I może strzelić sobie fotkę w trakcie. Wszystko miał zaplanowane.

To znaczy, żeby być zupełnie szczerym, to nie miał do końca zaplanowanego, tak wyszło. Czyli zaplanowany spontan.

A zaczęło się wczoraj. Był piątek wieczór, wrócił z miasta, z wypadu z tymi i owymi i podchmielony zastanawiał się, co też będzie jutro, czyli dzisiaj, robił. Impreza, jak to w sobotę, ale i w piątek i w czwartek i czasem w środę, dopiero wieczorem, a jakoś musiał spożytkować ten nudny jak cholera dzień. Jak każdy inny nudny, cholerny dzień. Dla beki, lekko zawiany, założył konto na portalu randkowym. Nie takim zwykłym, co faceci panny wyrywają, a odwrotnie, takim co dziewczyny wybierały, zahaczały i ustawiały konsumowanie znajomości. Czasem konsumpcja ograniczała się do kawy, pójścia na dyskę, do klubu, czasem cisnęły na wiksę, a czasem od razu chciały bliżej poznać i zaznać, zabrać i dać. W takim właśnie serwisie założył konto, dla beki, wiadomo, ale nigdy nic do końca nie wiadomo. Wrzucił zdjęcie, w opisie wymieszał trochę prawdziwych informacji o sobie i sporo podkolorowanych. A potem czekał jak pająk. Albo jak rybak.

– Dziewczynom na portalu wydaje się, że to one łowią, myślał sobie, ale jest zupełnie inaczej. Wędkę niech sobie zarzucają. Ale nie zdają sobie sprawy kto jest po drugiej stronie spławika.

Chwyciło.

Profil wyświetliła jedna, potem druga, kolejna zaczepiła, obczaił zdjęcia na profilu łowczyni, ale nic ciekawego. Wtem napisała ta właściwa, ta której szukał.

Zagaiła na czacie, obczaił zdjęcia, fajna dziewczyna. Odpisał, coś zaczęło chwytać,  ona napisała, on odpisał, odpalił kolejnego browara przed monitorem, potem ona odpisała i tak bla bla bla zaczęło się całkiem nieźle kleić, dopił browara, zwinął blanta z reszty zielska, pozostałości po wspólnych zapasach jego i Mareczka, współlokatora, który pojechał na narty do Livigno na tydzień (wiadomo, że Livigno, a nie jakiś Budapeszt, czy Praga, tam się w podstawczaku jeździło z wycieczką szkolną albo z rodzicami), bo w sumie to chciał po prostu gdzieś wyskoczyć, żeby starzy mu nie truli, żeby do domu na weekend przyjechał, no i zwinął tego blanta; Kejti, bo tak chyba miała na pierwsze loginowe, napisała, że jutro przejeżdża przez miasto, że wysiada koło galerii i ma dwie godziny do następnego pociągu, spytał co będą robić, to mu pisała, zachęciła, zdjęcie wysłała nawet jednoznaczne, bla bla bla, on coś wysłał, coś zagaił, coś podpytał, zdjęcie podesłał jednoznaczne, na odwagę zdobyty po piwie, spotkanie ustawił, jednoznacznie skierowane, a potem się pożegnali, bo późno było, on wypalił blanta i odpłynął i zasnął.

Do spotkania zostało kilka godzin.

Nie mając nic ciekawszego do roboty przemierzał galerię.

Niezbednik pierwszoklasisty
fot. Maciej Bohdanowicz

*

A może by tak jakąś książkę?

Skręcił w Empik.

Do tej pory czytał nie aż tak dużo i nie aż tak mało. Różnie. Rodzice wpychali do ręki, a z ręki do głowy Gombrowiczów, Dostojewskich, Mannów, Hłasków, Kafków, Marquezów, Szekspirów, Rushdie’ch, i innych im podobnych; prywatne szkoły pompowały pisarzy mniejszych kalibrów, za to więcej Shopenhauer’ów, Bergsonów, Marksów, Darwinów, Nietzsche’ów i innych im podobnych; na studiach, które zaczynał i zmieniał już trzy razy (raz ekonomia, innym razem filozofia, teraz kulturoznawstwo), bo miał czas, bo miał hajs, bo mu w sumie wisiało, czytał, jak sam to określał, gówno, gówno i jeszcze raz zapuszkowane gówno i inne gówno jemu podobne. Czytał, bo musiał, rzadko chciał. Wpompowali, to wpompowali, miał to gdzieś, był już obyty wystarczająco. Teraz wolał czytać blogi. Blogi i wpisy i sam sobie wybierał co czyta i ile. Wpisy były krótkie, miały duże obrazki, szybko mógł przewinąć tekst, połapać się co i gdzie i za bardzo nie zmęczyć się. Czasem wystarczyło dwadzieścia pięć sekund i był obyty z lekturą. Więc mógł czytać dużo i szybko i być jeszcze bardziej obytym. Bo takie książki, to primo już przeczytał kanon, secundo zabierały zbyt wiele czasu, przeżytek. Wolał dużo i szybko i być na bieżąco i z modą i z lifestyle’em, z kulturą, z eventami, z technologią i nowinkami, z nowymi trendami, szczególnie w światopoglądzie. A trendy i filozofie pojawiały się szybko i szybko znikały, bo zaraz przychodziły nowsze, doskonalsze.

Kto ma czas, żeby studiować takiego Engelsa albo Konfucjusza, kiedy to stare, już dawno zdezaktualizowane, wersje mocno beta. A tu aktualizacja Sokratesa 7.1, na równie niemal z nowym Windowsem albo Androidem. Słowem: innego sposobu obycia i bycia na bieżąco nie było. Musiał mielić sporo i w kilkadziesiąt sekund, może parę minut.

Acz czasem książkę trzeba było kupić, wiadomo. Być może kiedyś się przeczyta, fajnie to wygląda na półce, na domówce zwłaszcza albo jak jakaś laska wpadnie.

Rozejrzał się, ruch, jak na razie umiarkowany. Przepłynął przez półki bestsellerów, nowości, beletrystyki, literatury faktu.

Wnioski.

Wniosek numer jeden: może nauczyć się ekspresowo gotować wszystko i zdrowo, a w dodatku robić brzuch, tyłek i plecy i w sam raz na wakacje będzie. Co więcej może biegać, może biegać już dzisiaj już teraz. Idąc jeszcze dalej, może zrobić brzuch, tyłek i plecy, być fit, gotować i jeść mega zdrowo i tanio z nawet nie aż tak drogich składników (będę musiał iść do Almy, bo w Tesco tego nie kupię), ale grunt, że będzie gotował z celebrytą,  będzie mógł biegać, z pełną motywacją (szybka kalkulacja: książka kilka dych, sprzęt kilkaset złotych), a co najważniejsze, będzie mógł biegać z sukcesem i z pełną motywacją, będzie mógł się nastawiać na bogactwo i na pozytywne myślenie w trakcie.  

Wniosek numer dwa: jak mu się znudzi to wszystko, będzie chciał odpocząć od bycia na ciągłym uśmiechu, może kupić biografię, gdzie i uśmiech, ale i pot i łzy. Biografię każdego, biografię kogoś kto żyje, biografię kogoś kto żyje, kto najwidoczniej biega i je i robi to z sukcesem i w dodatku organizuje spotkanie autorskie i w talk show będzie promował swoją nową książkę. Są też biografie martwych ludzi, ale inspirujących, na temat jednego to jest i siedem różnych biografii, jakby na siedem różnych sposobów miał trudne dzieciństwo, a potem zakładał nie jedną, a siedem największych firm technologicznych na świecie, albo jedną z siedmioma filiami na siedmiu Ziemiach.

Kaboom! Puff!

Wniosek numer trzy: proza polska jest absolutnie pozytywna. Zjawiskowo. Najpopularniejsze książki, sprzedawane nie w tysiącach, ani w setkach tysięcy, a w milionach to nie sama zwykła powieść, a powieść poradnik! Powieść łąka! Powieść poradnik pozytywna łąka! I można się paść i wpierdalać trawę, jak owce. Przyjemną, soczystą trawkę, a nie jakąś gównianą kupkówkę.

Następnych wniosków nie wysuwał, bo mu się nie chciało. Kolejny „geniusz”, ta, jak jej tam, Margarowska, wydała jakąś tam książkę, która niby jest dobra, ale nikt za bardzo tego nie czyta, a inni, ci trudni, to stoją już tylko na wyprzedażach i się kurzą. Bo są tak trudni, tak w chuj nie wciągający, że to nawet z wyprzedaży nikt nie weźmie. Nawet z litości.

Nudy.

Wyszedł z Empiku i ruszył w stronę kawiarni.

Najważniejsze to znaleźć odpowiedni lokal. Nie sieciówki, bo za duże szpanerstwo. Też nie lamerskie, gdzie nikt, absolutnie nikt nie chodzi, nie jest przecież hipsterem. Musi być lokal odpowiedni, najlepiej… O, jakaś nowa knajpa.

Nazwa angielska, przeszklone wnętrze, może sobie usiąść wygodnie w fotelu, jest wifi, są kawy z syropami smakowymi, mleko bezglutenowe nawet, idealnie.

Wszedł, zamówił, rozsiadł się, a po chwili dostał pięknie zaserwowany napój. Genialnie. Wyciągnął smartfona, zrobił zdjęcie, wrzucił na swój profil. Po chwili skasował, założył odpowiedni filtr, jeszcze jedno zdjęcie, wysłał, super. Może czekać na aprobatę znajomych.

Pierwszy łyk. Taka sobie. Ale za to ładnie wygląda, ktoś się nad opakowaniem natrudził.

Rozsiadł się wygodnie tak, żeby na wyciągnięcie ręki mieć kubek z kawą, w drugiej trzymał smartfona, a zza swoich czarnych, bezpiecznych szkieł obserwował od czasu do czasu przechodzące dziewczyny. I nieco starsze kobiety. Na kelnerki nie zwracał uwagi. Były takie sobie, nic szczególnego.

Nic nie pojawiło się na horyzoncie.

Powrót do smartfona. Co tam ciekawego dzieje się u znajomych? Nic, nuda, nuda, o, ależ to głębokie!, nic, nic, fajne cycki, kciuk, kciuk, kciuk.

Radar, jakaś fajna panna, całkiem zgrabna, nieźle, hmmm… I zniknęła w sklepie z bielizną.

Siorb kawy.

Kciuk, kciuk, kciuk, tutaj nic już nie ma do obczajania, chociaż… Stop. Ta jest fajna. I wolna. Zaczepiam, zobaczymy.

Radar, grupka nastek, ale nie zwykłych, grupka takich blogerek modowych, ubranych jak na wybieg, jak na wybieg celebrytek.

Kciuk, kciuk, kciuk, nic ciekawego w świecie, na blogach stare rzeczy albo nowe, ale o starych sprawach, bo już czytał w tramwaju o tym godzinę temu, kciuk, kciuk, kciuk, może by tak jakieś nowe kawałki muzyczne sobie obczaić? Kciuk, kciuk, kciuk, to znał już tydzień temu, ale ma za dużo wyświetleń, wiochy nie będzie robić, poszuka czegoś innego, mniej popularnego, świeżego, kciuk, kciuk, kciuk…

Łyk kawy.

O, fajny milf za oknem, taką to bym brał. I córka też niezła, chociaż za trening mogłaby się wziąć, to może do wakacji by schudła, dupsko zmalało.

Kciuk, kciuk, kciuk… Cholera, nic fajnego. Wiadomości nawet mi się nie chce przeglądać.

Może coś fajnego znajomi wrzucili.

Kciuk, kciuk, kciuk, o Marta z Pawłem rozeszli się. Taka niespodzianka! Związek wydawał się mega solidny, byli ze sobą pięć tygodni, przecież Paweł wrzucił chyba ze sto zdjęć z podpisem „z żoną”, a teraz dali „rozwodowe”. Cholernie szkoda, ale z drugiej strony, jak przeglądam jej foty z innymi chłopami, których nie skasowała, to Paweł mógł się trochę poirytować. Ale z kolejnej strony… Pierdolony zazdrośnik, dobrze zrobiła.

Łyk… Albo nie. Nie chciało mu się dopić.

Dość się nasiedział. Zostawił kawę i wyszedł w tłum, zapełniający coraz bardziej szerokie korytarze galerii. W końcu zakupowa sobota.

Kelnerka podeszła sprzątnąć pusty kubek. Kiedy zobaczyła, że jest w połowie pełny, a te „resztki” są równe godzinie jej pracy, coś zabolało ją na wysokości żołądka.

*

A może by tak do kina?

Chociaż nie, kino to nie najlepszy pomysł. Na ostatnim wyjściu, kiedy wpadliśmy z kumplami zjarani na ekranizację jakiegoś komiksu Marvela, doszło do małej awantury. A wszystkiemu winny był koleś, który przyszedł z laską, taką sobie, który za bardzo awanturował się, bo nie pasowało mu, że rozsiedliśmy się wygodnie we trzech w pięciu fotelach plus z nogami na oparciach kolejnych trzech foteli przed nami (to już w sumie osiem) i, tym, czym chyba najbardziej mu nie pasowało był Tosiek. Tosiek, jak to Tosiek. Kiedy jest zjaramy włącza mu się instynkt komentatora-recenzenta w jednym.

– O żesz w kurwę chłopaki, jak przykurwił! – to była najprawdopodobniej analiza elementu strukturalnego dzieła. – Ja pierdolę, o w kurwę, kurwa, jak mu przyjebał, ja jebie, co za przeszczep! – Dalsza analiza. – Jak to mu nie dała?! A to szmata! – Zarys wątku miłosnego. – Kuuuurwa, jak pierdutło! – recenzent dał pięć gwiazdek na sześć efektom specjalnym. – Zapierdol tego skurwysyna jebanego, no szybciej Januszu, cebulaku jeden! – komentarz sceny kulminacyjnej. – W chuj dobre! – zwięzła rekomendacja przed puszczeniem napisów końcowych.

Kiedy już zbieraliśmy się do wyjścia, podszedł do nas właśnie ten koleś i coś wspomniał, czy się za dobrze nie bawiliśmy i czy nie chcemy posprzątać po zabawie. Tutaj wskazał delikatnie na czipsy i popcorn, które przypadkiem rozsypały się Olafowi, naszemu trzeciemu ziomkowi, który, jak jest zjarany, jest mega gburliwy i nerwowy.

– Bawiliśmy się świetnie, dzięki ziom – Tosiek poklepał go po ramieniu, wiesz, po przyjacielsku. I już miał go minąć, a potem minąć jego laskę, tą taką sobie, kiedy koleś, pewnie narodowiec, bo łysy był, napakowany, wykręcił rękę w nadgarstku naszemu ziomkowi i powiedział:

– My za to bawiliśmy się fatalnie. Przez takie mendy, jak wy…

Chyba chciał dodać coś jeszcze, ale nie mogliśmy pozwolić napastnikowi dłużej napastować naszego zioma.

Więc wykorzystaliśmy przewagę i skuliśmy mu mordę.

A potem spierdalaliśmy przed ochroną.

To dopiero była zabawa!

O, moja ulubiona sieciówka! Wbijam, może kupię sobie koszulkę, będzie w sam raz na imprezę wieczorem. Idę buszować między wieszakami, a tymczasem opowiem ci jeszcze o jednej śmiesznej historii, która mi się przypomniała.

Był wtorek, czy poniedziałek, nie pamiętam już – w końcu każdy dzień jest dobry na piwko, niekoniecznie na mega picie, ale jakieś piwko, może dwa, od którego może wyniknąć imprezka, domówka, jak to mówią chlanko albo jaranie i dziewczyny. Nigdy nie wiadomo, trzeba płynąć z prądem. No i my sobie wtedy z Tucholcem popłynęliśmy. Było jedno, potem drugie, piąte i wylądowaliśmy w knajpie, do której nie chodzimy zazwyczaj, bo to taka wiecie, ą ę lyteracka knajpa. No, ale wbiliśmy, stało się. Dosiedliśmy się do dziewczyn, nawet spoko, zagadujemy, uśmiechamy się, jesteśmy mega mili i uprzejmi. I dziewczyny też były sympatyczne, zaczęliśmy jakąś gadkę nawijać, one swoją i nagle znaleźliśmy się na Woodstocku, lata, lata temu. My z Tucholcem do końca nie obyci, bo Woodstock to wiadomo: Wielka Orkiestra, Owsiak, masa błota, panczury, nic ciekawego, ale chcieliśmy znać ich zdanie, opinię, wiesz, nawiązać kontekst, a potem, kto wie, może tym kontekstem je do nas przekonać. No i mówiły, że kiedyś to miało sens, przytakiwaliśmy głowami, wiadomo, sens absolutny, no i że jak Hendrix grał na gitarze, na youtube’ie nawet nam z komórki puściły występ z tamtych czasów, to gitara brzmiała niby jak odgłos spadających bomb, nawet już nie pamiętam w jakiej wojnie. W jakieś tam na pewno, nie byłem nigdy dobry z historii. I, według dziewczyn to dopiero były czasy, że na takim Woodstocku można było pokazać sprzeciw wobec wojen i zła i wszystkiego. No, to myśmy z Tucholcem podchwycili temat i przejęli pałeczkę i wyciągnęliśmy nasze smartfony, jego z jabłkiem, mój koreański i mówimy, że teraz to jedynie wojny brandów są ważne, tylko to się liczy i o tym wszyscy mówią i przeciw temu protestują.

– Ale przecież to nic złego – Tucholec ciągnął, lekko zawiany. – Bo przecież dziewczyny wiecie – puścił oko. – Make love not war – i zaczął tymi smartfonami odgrywać kopulację. Żeby było po równo, raz na górze było jabłko, a raz koreaniec. To je nawet rozśmieszyło, ale, niestety, Tucholec tak wczuł się w rolę, że zamiast przestać w odpowiednim momencie, nabrał intensywności gestów, co więcej, dodał audio. Dźwięki chyba nie spodobały się współtowarzyszkom wieczoru, ale Tucholec był już od dawna gdzie indziej, w sypialni, albo na kanapie, albo w kuchni, i naśladował tak głośno odgłosy kopulacji smartfonów i łączenia brandów, że dziewczyny odeszły, a chłopaki, siedzący przy barze tak brzydko, tak wymownie na nas spojrzeli, że musiałem przerwać Tucholcowi występ i czym prędzej opuściliśmy lokal.

Ta historia nie mogła się skończyć bez wisienki na torcie. A tą wisienką były dalsze losy Tucholca. O czym opowiedział niedawno, kiedy testowaliśmy towar od nowego ziomka w okolicy.

Zainspirowany rzekomą siłą festiwali, postanowił zebrać ekipę i pojechać, chyba na Nową muzykę, czy coś takiego. Niestety festiwal okazał się tak nudny, że nawet na mocnym blancie i po litrze nie dało się tam wysiedzieć. Więc Tucholec z ziomkami postanowił trochę rozpalić atmosferę i w tym celu podpalili kibel. Podobno tojtoj kopcił się jak pochodnia. I wtedy Tucholec na krótką chwilę ujrzał coś, co zdołowało go na wiele tygodni. Może to wina blanta, kto wie? Nie chciał powiedzieć co. Mówił, że po prostu patrzył się jak zahipnotyzowany w ten spalający się w błyskawicznym tempie, kopcący śmierdzącym dymem na wszystko wokół plastikowy twór wypełniony gównem w środku. A potem, rzecz jasna, poszedł w długą.

My tu gadu gadu, a ja już zdołałem wybrać fajną koszulkę i stoję przy kasie. W zasadzie to zaraz podejdę, bo babsko przede mną pomyliło pin do swojej karty.

Obczajam sytuację. Dwie kasjerki, obie młode, ale jedna z nich jest naprawdę śliczna. I speszona, chyba to jej pierwsze godziny w sklepie. Nic dziwnego, jest bardzo młoda, musi być liceum. A za nią managerka. Widać, że dziewczyna strasznie się denerwuje przez ten zły pin. Co z tego, że wina klientki, kolejka się robi.

No, skończyła.

– Do widzenia – śliczna, nieco speszona dziewczyna żegna grube babsko, które nawet nie zwróciło na nią uwagi i patrzy w moją stronę. Uśmiecha się. Ładny chłopiec ze mnie, to wiadomo, że uśmiech sam wyrasta. – Cześć… Dzień dobry – szybko się poprawia pod czujnym okiem managerki. – Będzie tylko koszulka?

– Tak – kiwam głową i uśmiecham się, sięgając po kartę.

– Dobrze – skanuje. – To będzie pięćdziesiąt złotych, już pakuję… – w tym momencie chrząknięcie za plecami. Dziewczyna nagle blednie, rumieni się, obraca, patrzy na managerkę, potem patrzy na mnie, potem w bok, jest jej naprawdę głupio spytać o to, o co ma spytać, wiem już nawet w czym rzecz, widać, że nie wyrobiła w sobie jeszcze tej powłoki, bariery automatycznej, która zmienia optykę z: ładny chłopiec, który kupuje koszulkę i ja, która musi trzymać szyk, czarować, może się ze mną umówi na: klient-produkt-skasować-następny. I patrzy na mnie z lekkim upokorzeniem i pyta:

– Czy może ma pan ochotę kupić majtki… To znaczy bokserki. Bo są w promocji – duka już ciszej, mielona przez wzrok managerki i mój i wszystkich naokoło.

Nareszcie coś się dzieje na tej nudnej orbicie! Jasne, że nie chcę. Ale chcę się pobawić. To pewny siebie, z szerokim uśmiechem, mówię, że dziękuję za propozycję (widać wyraźną ulgę) i pogrążam ją:

– A jakie możesz mi doradzić? – Przechodzę celowo na ty.

– No – czerwieni się coraz bardziej i zaczyna przeglądać niezgrabnie stos męskich bokserek. – To zależy jaki ma pan rozmiar… To znaczy czy emkę czy elkę…

– W kroku ixixel – rzucam niewybredny suchar.

– Takich to tu chyba nie ma – przerzuca coraz bardziej spurpurowiała.

– Ale może być też elka. – Bawię się dalej.

– O, to są tutaj jedne – wyciąga czerwone w klauny i wyciąga w moją stronę. Nie wyciągam ręki. – No bo jest sporo wzorów i nie wiem jakie lubisz… Jakie pan woli. – Stoi całkowicie zmielona sytuacją. Zaraz się rozpłacze.

Nachylam się i dodaję szeptem:

– To chodź ze mną do szatni i przekonaj się – patrzę w jej rozchylone usta i spanikowane już zupełnym niezrozumieniem oczy. Po czym szybko kończę tą farsę, dodając głośniej:

– Jednak dziękuję, będzie tylko koszulka.

*

Człowiek się nachodził, to i zgłodniał. Czasu do spotkania mam dość, pora coś zeżreć.

Na samej górze galerii jest szeroki plac poświęcony wyłącznie fast food’om i innym sieciówkom z nieco zdrowszym jedzeniem. Decyduję się na fast food, na kubełek skrzydełek smażonych na głębokim oleju. Bo, chociaż wiem, że te skrzydełka, te napakowane hormonami skrzydełka topiły i dusiły się w zaczopowującym ciało tłuszczu, nie mogę oprzeć się złocistej, chrupiącej panierce, ostrym dipom i zapachowi, który drażni nos, przez który moje kubki smakowe wariują.

Zeżrę tu w południe, wysram wieczorem, może jeszcze na dole w galerii, po drodze na domówkę, a rano spalę na siłowni, o tam, na końcu korytarza.

Zamawiam porcję, nie bawię się nawet z obsługą, są zbyt zautomatyzowani, takich jak ja obsługują tysiące w ciągu dnia. Poza tym jestem cholernie głodny.

Siadam, wyciągam i jem. Tłuszcz cieknie mi po palcach, oblizuję je i pożeram dalej. Mam gdzieś bakterie i zarazki. Jestem zbyt głodny. Poza tym mogliby postawić łazienkę bliżej.

Pierwsze trzy wingsy wciągnąłem ot tak. Kolejne trzy nieco wolniej. Została połowa kubełka, jest czas na obczajanie.

Fajna, fajna, tą bym brał, za grube łydki, niezły kugar, milf, milf, geje, to na pewno geje, brzydka…

Żebyśmy się źle nie zrozumieli. Toleruję gejów. Toleruję wszystkie mniejszości i większości. Niech homoseksualiści pukają i stukają się, gdzie chcą… To znaczy najlepiej gdzieś prywatnie, tak jak my to robimy. Toleruję muzułmanów, żydów i katolików, buddystów, rastafarian, nawet scientologów i kultystów latającego potwora spaghetti. Nie czaję do końca, po co wszyscy tak się obnoszą ze swoją wiarą. Nawet nie do końca czaję o co im z tym bogiem, bogami, jakimś życiem pozagrobowym chodzi (tak między nami to udaję przed rodzicami, że czasem do kościoła chodzę, bo by mi hajs odcięli). Umrzesz to umrzesz i chuj. Rozkładasz się. A czy ktoś sobie nabije więcej punktów w tym życiu, czy mniej i potem może jakąś nagrodę odbierze, to już inna sprawa. Ja w takie pierdoły nie wierzę. Ale toleruję, trzeba być tolerancyjnym, wiadomo.

Dla mnie na przykład ważne jest, żeby się najeść, poimprezować, nabzykać. Czerpać z życia pełnymi garściami. Jasne, to mega płytkie, pewnie powiesz, ale na ten moment odpowiada mi. Po cholerę szukać czegoś więcej, zbawiać świat, jak i tak go nie zbawisz, walczyć z wojnami, jak i tak nic nie wywalczysz, a mogą ci tylko nogę albo łeb upierdolić czołgiem, kałachem albo talibem. Po co mam pisać mądre książki, działać społecznie, jak i tak większość ludzi to idioci. Po co mam zapierdalać, jak moi rodzice, skoro i tak hajsu zawsze jest za mało. Wolę żyć tu i teraz. I być niezależnym. Dlatego szanuję niezależność innych i chcę, żeby to samo dotyczyło się mnie. Niezależność jest najważniejsza.

Uff, kolejne trzy wingsy skończone, muszę odpocząć.

Piękne, naprawdę piękne te dziewczyny. To właśnie lubię w takich miejscach jak to, znajdziesz głównie ładnych, młodych ludzi. A jak przyjdzie jakaś starsza babka, to zazwyczaj jest dobrze ubrana, zadbana, można sobie popatrzeć…

A TO co?!

Przy kuble stoi stara i brzydka sprzątaczka. W brudnym fartuchu, fuj! Co mnie obchodzi, że musi wypróżnić kosz. Jesteś stara i brzydka, wypierdalaj stąd! To nie miejsce dla ciebie, psujesz mi dzień!

Fuj, kto w ogóle wymyślił, żeby takie torby zatrudniać? To znaczy jestem w pełni tolerancyjny, wiadomo, ale niech sobie sprzątają w nocy, jak nikt na nie patrzeć nie musi. A za dnia niech ładniejsze dziewczyny wypuszczają, co za problem, podobno bezrobocie panuje w naszym kraju.

Kolejny wings, już naprawdę nie mogę, zaraz porzygam się. Ale są takie dobre. Skończę.

Jedynie kogo nie rozumiem, to wegetarian. Pełna tolerancja. Ale nie czaję. Jak można nie jeść mięsa? Jak to mówią: moje jedzenie je twoje jedzenie.

Mam taką znajomą, Asię. I ona ciągle zmienia diety i światopogląd. Kiedyś była fajną dupencją, do szmyrnięcia. Ale odkąd zaczęła interesować się buddyzmem, zen, Chodakowską i innymi pierdołami, nagle została totalnie anty. Przede wszystkim antykonsumpcyjna. A jak ktoś jest antycoś to musi być procoś. I Asia jest proeko na sto procent. Teraz kupuje tylko zdrową żywność, na przykład mega zdrowe pomidory, które kosztują gazylion więcej hajsu, niż takie normalne; jajka od kur, które chodzą – a co to, inne kury nie chodzą?; piwa nie pije, samochód sprzedała, wszędzie jeździ na rowerze, nawet na deszczu; postanowiła nie robić kariery w żadnej firmie, a żyć z freelancu, co prawda na razie nie wie jeszcze z czego, ale ma różne talenty, jak mówi, maluje, gra, śpiewa, czasem wrzuca filmiki do sieci, ma swój kanał o zdrowym trybie miejskim. Ostatnio nawet na Majdan chciała jechać, kiedy te zamieszki na Ukrainie zaczęły się, ale tam zbyt wiele znajomych pojechało, więc szuka innych konfliktów, gdzie mogłaby pojechać i napisać na swoim blogu o nich. Ma prawie sto followersów. Krótka notka, kilka zdjęć, filmik i jedzie dalej. Nawet zaplanowała sobie plan wycieczek po miejscach konfliktu. Takie dwudniowe tripy – wpada, cyka foty, zbiera lajki, pisze o okrucieństwie i niesprawiedliwości i jedzie dalej.

Asia tłumaczyła mi, że ma swoją misję, chce ją zrealizować, kasę zbiera na portalach crowdfundingowych, a po wszystkim zrobi sobie wakacje w Toskanii. Dwa tygodnie jeżdżenia po ogniskach konfliktów, dwa tygodnie odpoczynku. Jak dla mnie uczciwy układ. Tylko mówiła, że coś mało kasy na Kickstarterze wpadało, to zrobiła sobie fotę z dzióbkiem i odsłoniła trochę bardziej piersi i nagle sporo hajsu wpadło. Nawet w jakieś telewizji śniadaniowej była i opowiadała o swojej misji. O Toskanii nie wspomniała. Nie pytali.

Koniec! Ale się nażarłem!

Wycieram dłonie o chusteczkę i wygodnie rozkładam się w fotelu. Widok na przeszklony dach, a stamtąd na błękitne niebo z kilkoma białymi chmurami. Wylatuje z nich samolot. Zupełnie, jak na pocztówce. Wydaje mi się, że całe niebo zbudowane jest z takich pocztówek albo urywków reklam. A za nimi jest pustka, czarna dziura. Z resztą, kogo obchodzi, co jest za nimi.

Sms.

O, przyjechała wcześniej. Pora się zbierać. I poruchać.

Zabojstwo
fot.Maciej Bohdanowicz

*

Spotkaliśmy się przy wejściu do galerii, od strony dworca.

Nie wiem czemu, ale wydawało mi się wcześniej, że jest nieco starsza, że ma przynajmniej osiemnaście lat.

– Siemka, Jolka jestem – od razu wystrzeliła. Miała przechyloną zawadiacko czapkę z daszkiem, farbowane na rudo włosy z grzywką, kolczyk w kąciku ust, biały top, który z trudem mieścił wielkie cycki, modną dżinsową koszulę, szare spodnie dresowe z haczykowatym logo i plecak. – Ale znajomi mówią do mnie Jola albo Yolo.

– Siema – jej pewność siebie trochę mnie przytłoczyła.

– Dobra, słuchaj mam mało czasu. To gdzie to robimy? Mieszkasz gdzieś niedaleko, czy idziemy do kibla?

– Pół godziny tramwajem – ile może mieć lat? Siedemnaście? Minimum szesnaście.

– Za długo, chodź – i pociągnęła mnie za rękę w głąb galerii.

Minęliśmy tłum ludzi, skręciliśmy w lewo, przeszliśmy przez długi wykafelkowany korytarz, w którym stała spora kolejka. Przyznam, że czułem się trochę zaskoczony. Zazwyczaj to ja wyrywałem, a jak już byłem wyrywany, to towarzyszył temu small talk. Taka krótka rozmowa niby biznesowa przed dobiciem transakcji. A tutaj… Bach! Od razu do celu. Nawet mnie to podniecało.

Mijaliśmy ludzi, młodych i starych, laski i facetów, singlów, singielki i ojców, matki z dziećmi. Wszyscy czekali w niekończącej się kolejce tylko po to, żeby wypróżnić się. A potem wrócić na tory galerii. Pieprzone koło życia, fucking metropolis!

Zabawne, że w tego typu momencie przychodzą takie skojarzenia.

Weszliśmy do męskiego, minęliśmy kilku kolesi, którzy przyglądali nam się z uśmiechem, Yolo nacisnęła klamkę przedostatniego. Zajęte. Ostatni był wolny. Weszliśmy do środka, było trochę ciasno. I śmierdziało kupą i moczem.

Dziewczyna zdjęła plecak, położyła go obok sedesu.

– Rozgrzać cię, czy już stoi? – spytała bezobcesowo.

– Ehm, stoi… – sprawdziła dłonią.

– Dobrze, w takim razie zaczynaj – odwróciła się. – No, o co chodzi? – pogoniła mnie, kiedy patrzyłem na jej szerokie biodra i tyłek wypięty w moim kierunku. – Spokojnie, mam już dawno szesnaście, a za miesiąc siedemnaście będzie – wyczuła o co chodzi. – Nie spinaj się stary. Z naszymi kumpelami od dawna na najebki chodzimy, w warszawskich klubach nie jednemu się dało. Mam doświadczenie. I żadnego syfa, z porządnego domu jestem, nie myśl sobie. Więc luzuj, tylko załóż kondoma. Chcesz, czy ci dać?

– Mam – wyciągnąłem z tylnej kieszeni spodni.

– To zakładaj i pieprzmy się – odwróciła głowę w stronę spłuczki.

Opuściłem spodnie, założyłem gumę, potem opuściłem jej, do kostek. Nad tyłkiem miała tatuaż, super!

Sprawdziłem palcem, była mokra. Wszedłem od razu.

Na początku było dziwnie. Ona wypinała się, ja posuwałem, ale czułem się obserwowany. Nie, żebym tego wcześniej w kiblu nie robił, ale co chwilę było słychać, jak ktoś leje albo sra albo puka w drzwi i podsłuchuje.

Robiliśmy swoje.

Coraz bardziej wypinała się. Chwyciłem jej tyłek i jechałem. To nie było takie łatwe, szczególnie, że zjadłem przed chwilą wielki kubełek skrzydełek.

W pewnym momencie wyciągnęła telefon.

– Co to? – szepnąłem.

– Nie przestawaj, jest dobrze… Filmik robię, potem kumpelom pokażę. – Wyciągnęła telefon przed siebie i filmowała.

Nieważne, pomyślałem. Skoncentrować się i dojść.

Jechałem, jechałem, jechałem i… Poczułem, że dziewczyna dochodzi, zaczęła kręcić biodrami, dyszeć, nagle szarpnęła tyłkiem tak bardzo, że… Nie wiem, podnieciło mnie to, doszedłem.

Podyszeliśmy chwilę, Yolo puściła buziaka do telefonu i zakończyła nagrywanie.

– Dobra, możesz mnie odprowadzić na pociąg – powiedziała podciągając spodnie. – I pozbądź się tego – wskazała na kondoma wiszącego na moim fiucie. – Poczekam na zewnątrz.

Otworzyła drzwi, minęła mnie ze spuszczonymi spodniami i przeszła przez tłum facetów, jakby nigdy nic.

Szybko zamknąłem drzwi, zdjąłem gumę, wrzuciłem ją do kibla i podciągnąłem spodnie.

Potem spłukałem i wyszedłem.

*

– Stary, nie przejmuj się – Yolo cały czas mówiła. – Widzę, że wy, starsi faceci jesteście mega spięci. – Starsi faceci? Mam dwadzieścia dwa lata. – Nasze pokolenie musi się wyszaleć. Wiesz, żyjesz raz, więc żyj szybko i ostro, a potem zobaczy się. Grunt to dobra zabawa i zero nudy. Dobra, tutaj pójdę już sama. Mogę spotkać w pociągu znajomych, którzy też jadą do wawy, nie chcę się tłumaczyć, że nie jesteś moim facetem czy coś. Fajnie było, narka – machnęła ręką i poszła w kierunku dworca.

W tym momencie, przyznam, poczułem się trochę zużyty. Jak guma, którą spłukałem. Albo resztki wingsów wyrzucone na śmietnik. Chociaż to ona mi dała. Tak to przedstawię chłopakom.

Zawróciłem.

I w tym momencie szturchnął mnie jakiś przechodzień, który spieszył się na pociąg. Nie utrzymałem równowagi, wywróciłem się. Prosto na kolano.

– O żesz w kurwę!

Ból od razu zaczął promieniować.

– Przepraszam najmocniej – koleś podbiegł do mnie, żeby pomóc mi wstać.

– Kurwa, uważaj stary – chyba sobie coś złamałem. – To kurewsko boli.

– Przepraszam, niestety śpieszę się. Mam nadzieję, że nic się panu nie stało. Do widzenia – pobiegł dalej.

Ból lekko zelżał. Zdałem sobie sprawę, że zgubiłem czapkę i okulary.

Czapkę znalazłem. Ale moje okulary…

– Cholera – podniosłem z ziemi przerysowane szkła. Gdzie ja teraz w tym wyjdę?

Podszedłem do śmietnika, wyrzuciłem to nietrwałe gówno za kilka stów i ruszyłem w stronę tramwaju. Ze łzawiącymi z bólu oczami.

Pieprzyć  to! Pieprzyć tą głupią gówniarę! Wyszaleć się musi! Jej pokolenie! Gówno i tyle.

Matka mi zawsze powtarzała, że ich pokoleniu było ciężko, że musieli z ojcem pracować, firmę jedną, drugą rozwijać, żeby nasze pokolenie miało spokój i dostatek. Że mam czas, żebym korzystał, wybrał sobie cele, spokojnie, bez spiny. To zastanawiam się, na razie żadnych marzeń, żadnych celów nie mam. A jak znajdę, to na pewno je osiągnę.

Póki co żyję chwilą.

Carpe kurwa diem.

Plan na dzisiaj: wrócić do domu, wziąć prysznic, przebrać się, wieczorem na domówkę, może po drodze wysrać się w galerii, potem w kluby, w miasto. Rano na siłkę. Albo nie, do domu, dawno nie byłem.

*

Lekko kulejąc wyruszył w obranym kierunku. Czekał go ciężki wieczór, jeszcze cięższa noc, a jutro obiad u rodziców.

A potem do kościoła. Bo niedziela.

 

Please follow and like us:

4 Comments on “PET PL – Ahsan Ridha Hassan”

  1. Dziękuję za gratulacje.
    Łukaszu – nie mam pojęcia. Wydaje mi się, że przemiany społeczne mogą pójść w kierunku, w jakim poszły w bardziej rozwiniętych krajach: im bogatsze społeczeństwo, tym bardziej zblazowane nowe pokolenia. Ale i jednocześnie więcej możliwości do rozwoju utalentowanych ludzi. To moja prywatna opinia, nie jestem socjologiem, jedynie chciałem opisać moje obserwacje polskiego pokolenia plastiku. Tyle 😉

  2. Ależ się obśmiałam!
    Troszkę się męczyłam stylem na samym początku, ale potem już zaskoczyło. Zabawne to, ale prawdziwe, aż za bardzo.

Comments are closed.