Pamięć

 

(na podstawie rozmów z tybetańskimi uchodźcami w Nepalu, przeprowadzonymi w języku tybetańskim)

 

za ścianą piasku

 

Urodziła się w Dingri. To lunga pa[1] niedaleko Shigatse, drugiego największego miasta dawnego Tybetu. Pamięta kamienie i piasek, niewiele zieleni. Pamięta położoną na górskim trawersie gompę[2], do której pielgrzymowali tylko w trakcie wielkich świąt; ból dziecięcych nóg po długiej wspinaczce pod górę. Ich kamienny dom i niewielkie pole, na którym uprawiali jęczmień.

 

Ale pamięta niewiele. Dingri jest przesłonięte, jakby za burzą piaskową. Ono tam być może jest, ale ona boi się tego szalejącego w jej głowie piasku, boi się, że gdy otworzy oczy, wedrze się pod powieki i jeszcze głębiej wewnątrz ciała, że gdy pozwoli sobie pamiętać zbyt dużo, będzie ją to uwierać, drażnić i boleć jak ziarna piasku pod powiekami.

Fot. Jakub Belina Brzozowski

Miały uciekać razem: ona i starsza siostra. Ale siostra się rozchorowała, a przewodnik, który miał przeprowadzić je przez Himalaje, miał już zebraną grupę. Chciał ruszać już, natychmiast, poszła więc tylko ona – 6-letnia Chő.

 

*

 

Przy pierwszym spotkaniu – po 16 latach – nie spytała. Ale przy drugim, tym ostatnim, jeszcze przed olimpiadą w Pekinie, nie wytrzymała.

 

Jak mogliście mnie puścić tam wtedy samą? Bez rodzeństwa, bez kuzynów, po prostu samą do obcego kraju?

Był wieczór, siedziała z matką w kuchni i popijały cziang – tybetański alkohol na bazie jęczmienia. Gdyby nie ten cziang, pewnie by się nie odważyła.

Nie chcieliśmy, sama chciałaś! – krzyczy jej zgarbiona, siwowłosa matka – kiedy tamten powiedział, że chce ruszać, że nie będzie już dłużej czekać, powiedzieliśmy mu, że rezygnujemy, że pojedziecie z następną grupą, gdy tylko Pema wyzdrowieje. Ale wtedy ty przybiegłaś i zaczęłaś krzyczeć „Muszę iść teraz, muszę iść teraz, muszę iść z ciocią Tso!” Byliśmy zdziwieni, ciocia Tso była naszą sąsiadką, czasami się z Tobą bawiła, ale przecież nie znałaś jej aż tak dobrze. Ale ty krzyczałaś, szarpałaś się, drapałaś nas paznokciami. Byłaś tak zawzięta, tak silna; zrozumieliśmy, że tak musi być, że taki jest twój karman. Kilka godzin później, w środku nocy, wyruszyłaś wraz z ciocią Tso do Indii.

Matka wyrzuca to z siebie szybko i głośno. Gdy kończy mówić, jej ciałem wstrząsa silny, bezgłośny szloch. Łka też Chő. Siedzą razem po dwóch stronach stołu, płaczą, wpatrując się w popielatą, brudną od sadzy ścianę.

 

*

Pamiętam, jak rodzice ubierali mnie i wyprowadzali z domu w środku nocy. Ale nie pamiętam, co działo się potem, nie pamiętam podróży przez Himalaje, pierwszych tygodni w Indiach. Ale wiesz co jest najgorsze? Chociaż wierzyłam matce, nie pamiętałam też ciotki Tso.

 

*

 

Prosto z domu pojechała do Indii, do pierwszego obozu, który zachował się w jej wspomnieniach. Nie mogła być tam chyba długo, bo dużo lepiej pamięta swoją pierwszą TCV[3], w której spędziła zaledwie rok.

 

Zaczęła chodzić od domu do domu, pytać się ludzi czy mieszkała tu kiedyś „ciocia Tso”. Oni kręcili głowami, Chő czuła się głupio, bo przecież na pewno nikt nie znał jej jako „cioci Tso”, dorośli na pewno nazywali ją jakoś inaczej. Po kilku rozmowach zaczyna bać się, że matka ją wymyśliła, że dała się zwieść duchowi, który za wszelką cenę chciał oderwać Chő od rodziny. Ale wtedy, gdy chce już zrezygnować, ktoś odpowiada „Tak, pamiętam, ciocia Tso mieszkała tam, na skraju obozu, była samotna, opiekowała się nowo przybyłymi sierotami”. Pokazuje jej piętrowy, obwieszony flagami modlitewnymi dom, ona rusza tam na miękkich nogach. „A więc jednak nie była duchem” – przemyka jej przez głowę.

 

Na progu domu jej ciało przenika dziwne ciepło. Tak, zna ten dom. Przypomina sobie, jak biegała w górę i w dół po schodach, pamięta nawet, jaką śpiewała wtedy piosenkę. Tutaj na parterze mieszkali nasi sąsiedzi, a tam na górze my… tak my, przed oczami staje jej obraz szczupłej, niewysokiej kobiety, z okrągłą twarzą, przymrużonymi oczami (pewnie słabo widziała, mówi Cző), włosami zaplecionymi w dwa długie warkocze, które opadają na jej plecy, gdzieś poniżej schowanych pod cziupą[4] łopatek.

 

*

 

– Nadal nie przypomniałam sobie zbyt dużo – mówi mi Cző ze smutnym uśmiechem – ale pamiętam ją. Pamiętam jak czesała mnie, a potem głaskała po włosach. Pamiętam, jak bardzo ją wtedy kochałam.

 

na fałdach prześcieradła

 

Nyima pamięta więcej. To pewnie dlatego, że uciekała mając już 16 lat; musiało się udać, to symboliczny wiek. Tybetańczycy wierzą, że ludzkie ciało osiąga wtedy szczyt swoich możliwości.

 

Mieszkała bliżej Lhasy niż Shigatse. To właśnie dlatego tak łatwo mi się z nią teraz rozmawia, z tymi z Shigatse trudno się czasami dogadać, dziwny ten ich tybetański, narzeka popijając posoloną, czarną herbatę.
Pamięta swoją wioskę: kilkanaście domów rozrzuconych w niewielkiej, wyżynnej dolinie. Jej rodzina miała kilka jaków, kilkanaście owiec. Z ich mleka wyrabiali sery, zamieniali je potem z sąsiadami na jęczmienną mąkę.

 

Nie było prądu. Czas mierzyło im słońce, to ono wskazywało kiedy trzeba wrócić do domu na obiad. Jedli tsampę[5], ser, czasami mięso; najsmaczniejsze było to z jaka, dostawali je tylko kilka razy w roku. Po posiłku wybiegali na zewnątrz i bawili się dopóty, dopóki mogli się jeszcze widzieć. Gdy matka zapalała w oknie olejną świecę wiedzieli, że czas już wrócić do domu.

 

Nie było też wody. Myli się kilka razy w roku. Szło się wówczas nad jeden z górskich strumieni, które spływały z górującego nad wsią wzniesienia. Nyima myła się dokładnie, ale szybko; woda była lodowata, ciało przechodziły lekkie dreszcze, to było na pograniczu bólu, nigdy nie lubiła tych górskich kąpieli. Mówią, że mycie jest dobre dla zdrowia, ale ona nie pamięta, żeby ktoś u nich jakoś ciężko chorował. Teraz w Katmandu każdy myje się przynajmniej raz w tygodniu, a w szpitalu, gdzie pracuje jako pielęgniarka, czasami brakuje już łóżek dla pacjentów. “No i dobre jest to całe mycie?” – śmieje się, dolewając wrzątku do filiżanki.

 

*

 

Wiesz, jakie wspomnienia są najsilniejsze? Filmów. Oglądaliśmy je dwa, trzy razy w roku. Szliśmy na pokaz do sąsiedniej wioski, gdzie stary mężczyzna wyświetlał ja na wielkim, rozwieszonym na ścianie prześcieradle. Nic z nich nie rozumiałam, ale to w niczym nie przeszkadzało.

 

(Myślę, że tym są właśnie dla mnie opowieści Nyimy: chińskimi filmami wyświetlanymi na prześcieradle. Nie mogę ich naprawdę zrozumieć; mogę jedynie wpatrywać się z fascynacją w załamujący się na fałdach jej pamięci obraz)

 

W ciągu ostatnich kilku lat pomieszkiwała u siostry ojca, w Lhasie. Ciotka była bogata, miała duży dom w mieście, w skrzyniach pochowane miała pozłacane thangki[6], często jadało się mięso. Ciotka chciała, żeby Nyima na stałe się do niej przeprowadziła, żeby zamieszkała w Lhasie. Mogła załatwić jej pracę w domu bogatych znajomych, dobrze by jej się tam żyło. Ale Nyima była już myślami w Nepalu; chciała żyć tam, gdzie nikt nie będzie mówić jej, co ma myśleć, gdzie będzie mogła otwarcie czcić Dalajlamę.

 

Do grupy (była ich dwudziestka dwójka, dobrze to pamięta) dołączyła w ostatniej chwili, w tajemnicy przed ciotką. Wiedziała, że próbowałaby ją powstrzymać. Wiedziała też, że mogłaby jej ulec, że gdyby tamta poprosiła ją, by została, nie potrafiłaby jej odmówić. Powiedziała więc tylko ojcu i siostrom, one płakały, ale rozumiały, że robi dobrze.

 

Podróżowali tylko nocami. Tak żeby nie zobaczyli ich chińscy żołnierze; ci, którzy dali się dostrzec, kończyli często jako czerwone plamy na śniegu. Nocowali w jaskiniach, było im przeraźliwie zimno. Odmarzały kończyny; kilka osób dotarło do Nepalu bez palców.

 

Kiedy uciekaliśmy, w mojej wiosce nie było jeszcze linii telefonicznej. Numer do swojej rodziny zdobyłam dopiero po osiemnastu latach. Dopiero wtedy dowiedzieli się, że mi się udało, że żyję, że mam męża i dwójkę dzieci. Gdy siostra usłyszała mój głos, przez kilkanaście minut płakała. Nie mogła wydobyć z siebie nawet jednego słowa.

 

Znowu dolewa wrzątku. Przesuwa palcami po zielonym termosie, na którym wymalowane są białe, różowe i fioletowe róże. Z jej twarzy nie schodzi uśmiech. Ale wcześniej, gdy opowiadała o filmach (tych, z których nie rozumiała ani słowa), śmiała się odsłaniając zęby. Teraz wargi są zaciśnięte. Uśmiecha się jakby oszczędniej – swoimi ciemnobrązowymi, niemal czarnymi oczami i wygiętymi kącikami ust.

 

To było kilka lat temu, teraz dzwonię do nich najrzadziej jak mogę. Kiedy tylko podnoszą słuchawkę, zaczynają prosić, żebym tam przyjechała, a ja nie mam szans na to, by chińskie władze dały mi na to pozwolenie. Ich też nikt nie wypuści do Nepalu, każda rozmowa kończy się zatem tak samo: długim i bezsilnym płaczem. Dlatego wolę do nich nie dzwonić. Nie ma z tego żadnego pożytku, stajemy się przez to tylko bardziej smutni, bardziej zrozpaczeni. Pojadę tam dopiero wtedy, gdy przeprowadzimy się do Szwajcarii, gdy dostaniemy już europejskie paszporty, może za osiem, może za dziesięć lat. Ojciec pewnie już tego nie dożyje, ale siostry… bardzo chciałabym zobaczyć się jeszcze z siostrami.

 

*

 

Kilka razy dzwoniła też do Lhasy. Ciotka podnosiła słuchawkę, ale gdy słyszała głos Nyimy, od razu odkładała ją na miejsce. Siostry mówią, że nigdy jej nie wybaczyła. Ojciec dodaje: „i nie wybaczy”. 

– – –

Fragmentarium.pl
Jakub Belina-Brzozowski

(imiona bohaterek zmienione)

[1]     Z tybetańskiego: mała ojczyzna

[2]     Świątynia buddyjska

[3]     Tibetan Children Village, sieć szkół z internatem finansowanych przez tybetański rząd na uchodźstwie

[4]     Tradycyjna tybetańska suknia

[5]     Mąka z prażonego jęczmienia, podstawowe pożywienie w Tybecie

[6]     Tybetańskie malowidła sarkalne