Dziwienie się światu, to przeważnie stan ożywczy i przyjemny. Ale nie zawsze możliwy. Jakże łatwo zagubić tę zdolność między jednym a drugim rozczarowaniem. Czasem dotyka nas nawet coś w rodzaju niewydolności duszy i wszystko dookoła wydaje się tak banalne, że nawet nie zasługuje na wartościujące negatywnie epitety. Z takiego właśnie banału codzienności i pewnej niezdolności do zachwytu światem ulepieni są bohaterowie Cienia jabłoni Wojciecha Szlęzaka. Młody bohater, którego poznajemy na początku, snujący się po mieście, to postać bezimienna, enigmatyczna, będąca swoistym katalizatorem, „półprzewodnikiem” tej opowieści, tej wędrówki. Historia jest dość typowa – chłopak rzuca pracę i nie wiedząc, co ma począć z życiem, wraca na rodzinną prowincję, żeby oddawszy się robocie fizycznej i refleksyjnemu obcowaniu z naturą, stanąć na nogi. Pomaga ojcu przy pszczołach, zbiera orzechy, spotyka dawnych znajomych i jakichś tam pijaczków w lokalnej knajpie. W pewnym momencie jego drogi krzyżują się z drogami pewnego starego samotnika, od niedawna mieszkającego w Górnych – fikcyjnej wsi małopolskiej… i tak Grzegorz Adamczyk przejmuje rolę narratora przewodniego, a nasz młody bohater daje się wchłonąć jego opowieści „do granic zatracenia”. Liczy na to, że dzięki temu odwlecze choć na moment konieczność podjęcia jakichś poważniejszych życiowych decyzji.
Mottem tej książki jest cytat z
Traktatu o łuskaniu fasoli Myśliwskiego, którego Szlęzak uznał za swojego mistrza:

Nie, nie wraca się już nigdy w to samo miejsce.
Tak naprawdę tego miejsca już nie ma i nawet
takiej możliwości nie ma, aby było gdzie wrócić.
Dlaczego? Bo, według mnie, opuszczone miejsca umierają.
To się tylko tak wydaje, że za nami
tęsknią. Nie trzeba w to wierzyć”

Wydźwięk tego fragmentu znajduje swoje odbicie w tekście – mamy tu więc gęsto upakowaną tematykę moralną, uniwersalną przypowieść o kondycji człowieka, w której jak w pudełku mieszczą się kolejne przypowieści: o dojrzewaniu, tęsknotach, pragnieniach i rozczarowaniach. Poza motywem podróży jest oczywiście motyw powrotu: chłopak w chwili zagubienia wrócił do rodzinnej wsi, aby przebywać przez chwilę w ukradzionym, umownym czasie-bezczasie, w miejscu, gdzie niewiele się zmienia i być może dzięki temu jest bezpiecznie. Drugi główny bohater jest dojrzałym mężczyzną, po wielu przygodach, który wraca na wieś jak w pewną przestrzeń pamięci, mając już zupełnie inny zestaw skojarzeń i oczekiwań wobec tego miejsca. I właśnie na styku tych spotkań ludzi z miejscem i z własną historią tworzy się pewien miszmasz narracyjny. Każdy z bohaterów zdaje się polemizować w pewien sposób z zacytowanymi wersami.
Nie wiem, czy inni się ze mną zgodzą, ale proza Szlęzaka, poza tym, że chce być kojarzona z prozą Myśliwskiego, do którego nawiązuje techniką narracji i pewną opieszałością opowiadania, przypomina także nieco Opowieści galicyjskie Andrzeja Stasiuka. Choć brak tu z pewnością stasiukowej werwy, która porywa czytelnika w wir w poszczególnych historii. Zamiast werwy mamy właśnie ową leniwą narrację, jakby bezwiedny sprzeciw wobec powszechnej skłonności do pędu, skrótu, fragmentaryczności nawet w literaturze. Niestety brakuje mi tutaj rozwinięcia jednego z wątków – opowieść zaczyna się od krytyki, mówiąc najoględniej, kapitalizmu, dokonanej przez dorastającego chłopaka, uwikłanego w podniesioną do rangi symbolu bezmyślną pracę w korpo. „I jak nie zwariować, skoro czterdzieści godzin twojego tygodnia jest zaledwie słupkiem w Excelu. Pragnienie oddziaływania na otoczenie, choćby w najbardziej banalny sposób, to niezrozumiały fetysz. Rzeczywistość lepiej schować, zastąpić sterylną podróbką, żeby nie narażać się na ryzyko”. Tego ryzyka życia bohater stara się zdecydowanie unikać, jego strach przed byciem w świecie nie jest jednak w żaden sposób wyeksponowany w toku opowieści. Odczuwamy go jedynie, wchłaniamy przez osmozę, spomiędzy wersów, niż czytamy litera po literze. Jednak, gdy wkracza na scenę Adamczyk i przejmuje ciężar opowieści, opozycja miasto-wieś (czyli mechanizacja, unifikacja, utylitaryzm kontra samoświadomość, wolność, filozofia) jakby zanika i więcej nie pojawia się jako problem. A szkoda, bo po niektórych wypowiadanych przez bohatera spostrzeżeniach moglibyśmy spodziewać się ciekawych refleksji, których potrzebuje ten tak już wyeksploatowany temat.
Czytając, miałam wrażenie, że autor starał się dotykać spraw najważniejszych, traktować sam siebie serio i przekraczać własne granice. To zazwyczaj się jednak w młodej prozie nie udaje, ponieważ proza wymaga od swego twórcy pewnej dojrzałości, obrośnięcia w doświadczenia, ukształtowanej świadomości kulturowej (których to przymiotów nie odmawiam tak zupełnie młodemu autorowi) oraz – last but not least – znalezienia własnego języka. Język tzw. literatury pięknej powinien w zetknięciu z rzeczami wysysać z nich banalność i wynosić je ponad chaos zjawisk, przeobrażać, napełniać niezwykłością, a nie tylko odwzorowywać świat. Naturalizm mnie tutaj nie przekonuje, bo mam wrażenie, że nie do tego służy literatura. Myślę jednak, że Szlęzak jest na dobrej drodze, jego powieść ma wiele plusów, a sam autor zdaje się wiedzieć, na czym polegać powinna dobra historia. Taka, która faktycznie będzie mogła się rozrastać, by – jak tego Szlęzak sobie życzy – pochłaniać wszystko, co stanie jej na drodze, łącznie z nami, zasłuchanymi do granic zatracenia.

PROwincja objęła matronatem wydanie książki.

Premiera książki już 1 grudnia na Targach Książki we Wrocławiu!

Strona wydawnictwa JanKa –> Zobacz.