recenzja „Dziewięćdziesiątych” Sławomira Shutego

Szumne zapowiedzi i kilka pochlebnych recenzji najnowszej książki Sławomira Shutego zachęciły mnie do sięgnięcia po „Dziewięćdziesiąte”. Wedle słów samego autora, ambicją zbioru opowiadań było podsumowanie zawartych w tytule „szalonych, jakże ważnych dla kraju czasów”. Niestety, choć „Dziewięcdziesiąte” czyta się nieźle, Shuty nie podołał postawionemu sobie zadaniu.

Zacznijmy od kwestii formalnej. Jak wiadomo, etykietką „opowiadanie” oznaczyć możemy niemal każdy krótki tekst prozatorski. Dlatego też, warto sprecyzować, z jakiego rodzaju opowiadań składają się „Dziewięćdziesiąte”. Wbrew cytowanemu na stronie Ha!Artu Mariuszowi Pisarskiemu, zbiór ten nie jest zapisem „ważnego przeżycia pokoleniowego osób, które wkraczały w dorosłość tuż po przełomie (…)”. To raczej fabularyzowane wspomnienia samego autora, w których niełatwo odnaleźć jest choćby ślady uniwersalności, jaką przypisuje im zarówno Pisarski, jak i sam Shuty. Nie każdy z nas mieszkał na Nowej Hucie, nie każdy kojarzy lata dziewięćdziesiąte z nagminnymi wyjazdami na Wschód (od Morza Białego, przez Ukrainę, aż po Gruzję), nie każdy pił i brał tyle, ile bohater zbioru Shutego. Rzecz jasna, trudno winić autora za subiektywne spojrzenie na opisywany okres, ale jest ono chyba jednak zbyt osobiste, by móc rościć sobie prawa do „podsumowania tych czasów”.

Wspomnienia te przelane są na papier w formie mniej lub bardziej zabawnych anegdot. Ich bohater mierzy się z życiem, które nie jest dla niego specjalnie życzliwe; niemal każda przygoda kończy się dla niego katastrofą lub jakiegoś rodzaju fiaskiem. Nie zostaje fotografem; „klisza życia” została skąpana w morskiej wodzie. Nie zostaje filmowcem; branża ignoruje jego genialny debiut. Jego przygody z kobietami kończą się spektakularnymi niepowodzeniami; zarobkowa podróż do Anglii nie okazuje się, rzecz jasna, zarobkowa. Przykłady można by – niestety – mnożyć. Niestety, gdyż po pierwszych kilku historiach poznajemy schemat, jakim posługuje się w tym zbiorze Shuty. Pełen dobrych chęci oraz interesujących pomysłów bohater-nieudacznik oraz porażka, oczekującą go nieuchronnie na końcu każdego z opowiadań. Na początku ten schemat bawi, Shuty ma w sobie dużo autoironii, życiowe katastrofy ujmuje w pełnej humoru, absurdalnej formie. Szkoda jedynie, że momentami brakuje czytelnikowi w tych groteskach różnorodności; wspomniany schemat powtarza się u autora nieco za często.

Drugim zarzutem wobec historii Shutego jest sposób, w jaki wprowadza on do swojego opisu lat dziewięćdziesiątych groteskowe elementy. Często używa do tego alkoholu oraz innej maści środków odurzających. Gdy bohater wypije (lub weźmie) u Shutego zdarzyć może się wszystko. Opisy pijackich i narkotycznych ekscesów bawią, ale znowu – nie w tak dużej nadreprezentacji. Przypomina to nieco żyjącego w oparach bimbru Jakuba Wędrowycza. Tyle tylko, że postać stworzona przez Andrzeja Pilipiuka nie ma ambicji, by grać rolę „głosu pokolenia”.

Cenię Shutego za łatwość opowiadania. W przesyconych absurdem tekstami zdarzają się zdania, przy których trudno jest się nie uśmiechnąć. W kilku historiach (jak choćby o wspólnych sąsiedzkich posiedzeniach przy telewizorze Rubin czy eskapadach do Budapesztu i Jarocina) czujemy coś, co nazwać chyba można „atmosferą lat dziewięćdziesiątych”. Sądzę, że gdyby w innych opowiadaniach autor nie poszedł tak bardzo w stronę naznaczonej alkoholem i środkami odurzającymi groteski, „Dziewięćdziesiąte” mogłyby zostać „literackim opracowaniem tego okresu”. Niestety, choć akcja jego humorystycznych opowiadań ma miejsce w latach dziewięćdziesiątych, to niewiele nam one o tej dekadzie mówią. Wbrew temu, co twierdzi Jan Bińczycki, nie są to „teksty, na które czeka pokolenie czytelników urodzone w latach 70. i 80.”. Na nie musimy jeszcze trochę poczekać.

Jakub Belina-Brzozowski

 

dziewiecdziesiate Dziewięćdziesiąte
Sławomir Shuty
Wydawnictwo Ha!Art 2013
978-83-64057-26-7