Nałóg – jak wspinacze z PRL-u podbijali Zachód – Witek Kieńć

 Eiger latem 1971. Brak charakterystycznych pól śnieżnych na północnej ścianie oznacza mnogość spadających kamieni.

I

Bernadette McDonald, autorka Ucieczki na szczyt, stworzyła mitologię polskiego alpinizmu „złotej ery”, jako ucieczki przed szarą rzeczywistością prosowieckiego reżimu. Krzysztof Wielicki, który należał do czołówki himalaizmu lat 80., widzi przyczyny świetności wspinaczki w PRL nieco inaczej. Zapytany, dlaczego obywatelom III RP trudniej przychodzą górskie sukcesy, niż ich uciemiężonym poprzednikom odpowiedział: Ludzie zaczęli robić kariery w biznesie, a niekoniecznie w górach. Nie mogą poświęcać już tyle czasu na wyprawy jak kiedyś – pół roku czy 7-8 miesięcy, bo muszą pracować. Nadszedł kapitalizm i trzeba przyjąć zasady takiego systemu, a wtedy nikt się nie przejmował pracą, góry były ważniejsze.

I faktycznie, gdy czyta się dziś np. biografię Jerzego Kukuczki, trudno oprzeć się wrażeniu, że współcześnie nikt by nie dał monterowi w fabryce dzwonków wolnego na gonienie Reinholda Messnera w liczbie zdobytych ośmiotysięczników. Nie znaczy to wcale, że w PRL wspinacze mieli łatwo.

Tatry to przecież zielona granica, a władza niechętnie patrzyła na ruch ludności między bratnimi republikami. Symbolem tej niechęci stał się niechlubny epizod strzelania przez nadgorliwych WOP-istów do taterników wspinających się na Żabim Szczycie Niżnym w 1954 roku. Niemniej, jakimś sposobem w reżimie, który tępił „bumelanctwo” z powodzeniem żyła sobie grupa ludzi interesujących się wyłącznie wspinaniem, którzy unikali pracy, jak mogli i prawie cały rok spędzali w Tatrach. Mój ojciec, Zygmunt Kieńć, należał do tego specyficznego środowiska od drugiej połowy lat 60. Jak sam mówi, nie przypomina sobie, żeby wtedy gdzieś pracował. Gdy przyjeżdżał z Łodzi, gdzie mieszkał przy rodzinie swojej siostry, do Zakopanego często nie miał pieniędzy na bilet powrotny. Nie planował zresztą wracać prędko, gdyż zwykle spędzał w Tatrach całe lato i całą zimę, wracając do miasta jedynie na okresy złych warunków wiosny i jesieni.

Środowisko stałych mieszkańców TPN w latach 60. i 70. składało się z oryginałów i ludzi o nietypowych manierach. Niektórzy z nich, gdyby wyjąć ich z kontekstu tatrzańskich turni, mogliby się komuś wydać po prostu menelami. Zresztą ich życiorysy przypominają życiorysy pijaków chyba nie przez przypadek. Ja sam nie jestem wspinaczem. Nie jestem wspinaczem, mimo iż okazjonalnie się wspinam, i to już prawie pół życia. Tak jak ktoś, kto od połowy życia okazjonalnie pija, nie zawsze jest alkoholikiem, tak też osoba, która okazjonalnie się wspina, niekoniecznie staje się wspinaczem. Poznałem w życiu wielu wspinaczy i to z różnych pokoleń. Najstarszym z nich bodaj jest właśnie mój ojciec, urodzony w roku 1935. Znam też wspinaczy dwudziestoletnich i wspinaczy z innych krajów. To co, wedle mojej obserwacji, łączy ich wszystkich, to fakt, że sami o sobie mówią jako o uzależnionych. Często używają zresztą nomenklatury zaczerpniętej wprost z terapii uzależnień i widocznie są przekonani, że szorstki dotyk skały działa na nich tak, jak na innych alkohol lub heroina. Ja, obserwując ich losy, zupełnie podzielam taką diagnozę. Nie do końca zresztą to rozumiem i myślę, że to może być jakaś zagadka dla naukowców. Może chodzi tu o budowę mózgu, a może o wychowanie, ale wspinacze zazwyczaj nie dbają o inne strefy życia i po prostu wciąż muszą się wspinać.

Kieńć w Alpach latem 1971 roku. Na szyi aparat penti, z którego pochodzi większość prezentowanych poniżej zdjęć.

 

Jeśli wierzyć w diagnozę Wielickiego, to dzisiejsi wspinacze muszą więcej męczyć się na nizinach. Ich poprzednicy w latach 60. mieli kilka sposobów, aby przetrwać, nie ruszając się z TPN. Jednym z nich było wyławianie monet, które turyści wrzucali do Morskiego Oka, licząc że w zamian za ten niewielki datek, góry obdarzą ich powodzeniem. Góry jak wiadomo, pazerne na pieniądze nie są, więc zostawiały te drobniaki dla wygłodniałych taterników. Mniej efektywnym sposobem ich wydobywania była łyżka ukradziona ze schroniskowej restauracji, którą na potrzeby operacji dziurawiono gwoździem i mocowano do kija. Tak skonstruowany cedzak pozwalał uzbierać pieniądze na obiad w ciągu kilku godzin. Bardziej efektywne było brodzenie po kolana w wodzie, najlepiej w miejscu, gdzie z Morskiego Oka wypływa Rybi Potok. Woda tam jest lodowata, więc korzystanie z tej metody wymagało hartu ducha, ale prędko przynosiło upragnione środki finansowe.

Zresztą jak wiadomo albo zwiększa się zyski, albo tnie się koszty, a najlepiej robić jedno i drugie, więc w schroniskach często się waletowało, czyli spało na nieopłaconych miejscach. Stare schronisko w Morskim Oku wyposażone było wówczas w wieloosobowe prycze, szerokością równe zbiorowym salom, w których stały. Na takich pryczach łatwo mieścili się nadwyżkowi lokatorzy. Za nocleg trzeba było zapłacić w recepcji nowego budynku, która wydawała odpowiedni kwitek poświadczający prawo do miejsca w starym schronisku. Kwitek wówczas prezentowało się Franciszkowi, człowiekowi niezbyt wylewnemu, którego głos rzadko kto w ogóle słyszał. Franciszek wręczał gościom koce i prowadził ich na odpowiednie miejsca. Lecz gdy nad ranem przychodził policzyć śpiących, ile by nie liczył, wychodziło mu więcej, niż powinno. Nie mógł jednak dojść, kogo należałoby wyrzucić, wszyscy więc spali w najlepsze.

Gdy któregoś roku niespodziewany wrześniowy śnieg zasypał namioty na obozowisku taternickim, wszyscy jego lokatorzy przenieśli się do starego budynku morskoocznego schroniska. Wyuczona oszczędność sprawiła jednak, że weszli do niego przez okno, omijając i recepcję i Franciszka. Korzystając z takich sposobów ojciec przewspinał w Tatrach kilka sezonów. Może dziś musiałby się martwić brakiem ubezpieczenia zdrowotnego, ale akurat tego władza ludowa nie odmawiała obywatelom. Jak zresztą czas pokazał, ojcu hospitalizacja potrzebna była dopiero w Szwajcarii.

II

Centralnym problemem rozwoju alpinizmu w kraju, w którym gór jest niewiele, są wyjazdy zagraniczne. Żeby na takowy pojechać, trzeba było mieć paszport, a o to w PRL-u też było niełatwo. No i „dewizy”, czyli zagraniczne waluty, którymi obrót był kontrolowany. Zresztą i tak polskie wypłaty ledwo starczały na kilkadziesiąt dolarów. Jednak taternicy jakoś sobie z tym wszystkim radzili. Wśród wspinaczy owego okresu ważną grupą obok „luźnych ludzi”, mieszkających na stałe lub prawie na stałe w Tatrach, stanowili akademicy. Wspinaczka ogólnie była wtedy raczej sportem, staromodnie mówiąc, „inteligenckim” i ponoć jak na spotkaniach Klubu Wysokogórskiego pojawił się jakiś robotnik, budził ogólne zdziwienie. Doktorzy, docenci i profesorowie różnych specjalności (podobnie jak wielu innych pracowników umysłowych rozległej PRL-owskiej budżetówki) mieli mnóstwo czasu, aby się wspinać, a w odróżnieniu od mieszkańców łąk i szałasów posiadali także jakieś własne pieniądze oraz znajomość meandrów biurokracji. Ci ludzie byli w stanie zorganizować się na tyle, by załatwić formalności związane z wyjazdami w zagraniczne góry i nawet przychylność władzy dla swych szalonych zamiarów. To oni byli głównym motorem napędowym Klubu Wysokogórskiego, później przemianowanego na Polski Związek Alpinizmu, dzięki któremu nadwiślańscy wspinacze odwiedzali coraz wyższe zagraniczne góry, goniąc światową czołówkę. Ta mocno uciekła w latach 50., gdy u nas mało kto się wspinał, a jeszcze mniej ludzi mogło wyjechać choćby w Alpy. Lata 60. i 70. natomiast były dla wspinaczy z Polski przedsionkiem „ucieczki na szczyt”.

 

Pełny skład centralnego obozu KW z lata 1971 na dworcu w Zermatt. Od lewej: Jagiełło, Milewski, Wilusz, Zdzitowiecki, Piotrowski, za aparatem Kieńć.

Zygmunt Kieńć należał do tych taterników, którzy nie mieli ani pieniędzy, ani przydatnych znajomości. Wspinanie szło mu jednak na tyle dobrze, że w marcu 69. wraz z Andrzejem Dworakiem zrobił pierwsze zimowe przejście prostowania Drogi Momatiuka na Kazalnicy Mięguszowieckiej. Było to przejście niemałej rangi, bo ściana Kazalnicy, czyli Zerwa, to chyba największe urwisko w polskich Tatrach. Ich zespół spędził w tej ścianie cztery noce, wisząc bez śpiworów na niewygodnych stanowiskach (oszczędzili przy tym trochę stresu biednemu Franciszkowi, który miał mniej nadwyżkowych lokatorów w starym schronisku). To chyba właśnie to przejście sprawiło, że ojca zaproszono do udziału w centralnym wyjeździe Klubu Wysokogórskiego w Alpy Szwajcarskie latem 1971 roku. I faktycznie w Alpach przydało się na pewno doświadczenie z Kazalnicy. Na północnej ścianie Matterhornu też mu przyszło wisieć w niewygodnych pozycjach. Tym razem tylko trzy noce, ale za to cały czas w rakach, których nie miał jak zdjąć. Na Kazalnicy raków nie miał ze sobą wcale, bo zostawił je w schronisku. Ówczesne raki słabo się sprawdzały w trudnościach skalnych, więc chodząc na czysto skalne drogi zimowe, taternicy ze sobą ich nie brali, choć jak sądzę, mogłyby się przydać one niekiedy w zejściu.

Niegdysiejsza technika pokonywania trudności skalnych zrodziła natomiast potrzebę górskich butów, które dobrze stały na małych stopniach. Polska myśl techniczna odpowiedziała na nią, produkując Zawraty, wysokie buty z wąskim, lekko asymetrycznym czubkiem. To właśnie owe buty sprawiły, że Polscy wspinacze pisząc relacje z alpejskich przejść w branżowym piśmie Taternik, wspominali, że przydałyby im się buty „w których nie marzną nogi”. Bo w Zawratch marzły i to piekielnie. Ale była to cena za większą precyzję. Mój ojciec jako jedyny w zespole, który zaatakował Matterhorn w 1971, nie miał Zawratów, a buty, które na zamówienie uszył mu szewc z leżącego po słonecznej stronie Tatr Smokowca.

Szewc jednak nie dotrzymywał kolejnych terminów wykonania butów, co zmusiło ojca do nielegalnego przekraczania granicy. Przepustki turystyczne do Czechosłowacji można było dostać tylko dwie na rok, więc o niedotrzymaniu kolejnych terminów ojciec dowiadywał się, już nielegalnie odwiedzając sąsiadów. Swoją drogą, nielegalnymi spacerami do Czechosłowacji taternicy zajmowali się tak często, że PRL-owskie służby już od lat 50. werbowały z ich środowiska donosicieli monitorujących ten proceder.

 

Na szczęście, efekty pracy szewca zrekompensowały ojcu ryzyko i wszystkie niedogodności. Radość była tym większa, że pomysł zastąpienia Zawratów butami uszytymi na miarę nie wziął się znikąd. Mianowicie po wycieczce zimowej na Kazalnicę w Zawratach jeszcze latem ojcu schodziły paznokcie. Nowe buty napawały go więc szczęściem i dumą. Zygmunt Kieńć miał latem 1971 roku po raz pierwszy znaleźć się w górach wyższych niż Tatry, ale za to buty od razu miał porządne.

Zdzitowiecki na lodowcu.

 

Pojechali też bardziej doświadczeni. Jednym z nich był Krzysztof Zdzitowiecki, czyli Pomurnik. Zdzitowiecki miał już wówczas na koncie przejścia alpejskie, ale był znany głównie jako współautor linii wiodącej Filarem Kazalnicy Mięguszowieckiej. Drogę tę uznano za przełomową w dziejach taternictwa, gdyż pokonuje ona dwa poziome okapy, w tym jeden piętnastometrowy. Ale w 1971 Zdzitiowiecki swoje najgłośniejsze osiągnięcia górskie miał przed sobą. Cztery lata później, w ramach wyprawy, która nie bez przekąsu nazywana jest „kobiecą”, wraz z Wandą Rutkiewicz i Alison Chadwick-Onyszkiewicz i Januszem Onyszkiewiczem wszedł na 15. szczyt Ziemi, niezdobyty wcześniej Gasherbrum III, wówczas najwyższą dziewiczą górę świata. Zdobycie Gasherbruma III na zawsze pozostanie najwyższym pierwszym wejściem szczytowym, w którym uczestniczyły kobiety.

Innym członkiem wycieczki, doświadczonym już w Alpach był Tadeusz Piotrowski. Ten sam, który 15 lat później zginął na stokach K2, po tym, jak wraz z Jerzym Kukuczką wytyczył nową drogę na szczyt, która do dziś pozostaje bez powtórzenia.

Kolejny uczestnik omawianego letniego obozu alpejskiego to Michał Jagiełło, dziś znany głównie jako późniejszy naczelnik Grupy Tatrzańskiej GOPR, pisarz, a po 1989 roku wiceminister kultury oraz dyrektor Biblioteki Narodowej. Jagiełło i Piotrowski mieli wspinać się w trójkowym zespole z Jerzym Milewskim, kierownikiem wyjazdu, potem działaczem Solidarności oraz pracownikiem kancelarii prezydenckiej Lecha Wałęsy. Drugi zespół trójkowy stanowili wspomniani Zdzitowiecki i Kieńć oraz Andrzej Wilusz. Wilusz to drugi z sześciu uczestników tego wyjazdu, któremu nie było dane się zestarzeć. Zginął już w marcu 1973 roku w Alpach austriackich, przygotowując biwak po zakończeniu dnia wspinaczki, gdy spadający z lawiną pyłową kamień nieszczęśliwie trafił go w kark poniżej kasku.

III

Cele centralnego obozu Klubu Wysokogórskiego w lecie 1971 wybrano ambitne: północne ściany Matterhornu, Eigeru, Dent Blanche i Dents d’Herens. Przejście każdej z tych ścian stanowiło w owych czasach poważny wyczyn sportowy. Natomiast wspinacze zza żelaznej kurtyny, by próbować swych sił na tych ścianach, musieli też jakoś sprostać cenom pobytu w Szwajcarii. Ponieważ ojcu nie udało się wyłowić z Morskiego Oka odpowiednich środków, pieniądze na swój wkład własny pożyczył od znajomych. Wspinacze pomiędzy sobą umówili się, że w przeżyciu na miejscu pomogą im sznury wziętych z Polski kiełbas, które każdy z nich miał kupić na własną rękę. Nie wszystkim się udało, więc jedzenia było mniej, niż planowano. Zresztą przewóz takiej żywności pomiędzy krajami był wówczas nielegalny, więc właściwie alpiniści dopuszczali się przemytu. Szczęśliwie wory z setkami kilogramów sprzętu zniechęcały celników do prowadzenia jakichkolwiek głębszych dociekań. Okazuje się, że ta niechęć celników z całego świata do kontrolowania tobołów wspinaczy szybko została zauważona przez szersze grono i tak przemyt stał się z drugim najważniejszym zajęciem polskich alpinistów, o czym pisze choćby Kurtyka w swoim Chińskim Maharadży.

Obóz w modrzewiowym lasku na dachu kolejki. Namioty są już odgrodzone linami, co jest konsekwencją ataku kozła.

Do Zermatt towarzystwo dojechało pociągiem. Ten, kto odbył kilka niskobudżetowych podróży, zna uczucie wyobcowania, jakie czuje się, docierając do drogiego kurortu z raptem paroma groszami przy duszy. Przed budynkiem dworca podróżni przesiadali się do oczekujących na nich dorożek, ktoś pakował swoje bagaże na elektryczny wózek przysłany przez hotel. A wspinacze z PRL-u? Pewnie, też mogą wziąć dorożkę, tylko dokąd? Po krótkim rekonesansie udało im się znaleźć miejsce na rozbicie namiotów. Nielegalne, ale nikt się tym nie przejmował. Było to zresztą o to samo miejsce, które później opisała Anna Czerwińska w książce Dwa razy Matterhorn, jako to gdzie „zawsze biwakowali Polacy w Zermatt”. Czerwińska pisze:

“(…) miejsce jest bardzo dobre, będzie ciasno, bo żwirownia w pobliżu podgryzła trochę łąki, ale jakoś się zmieścimy. (…) Mijamy hałaśliwą kopalnię żwiru i po stromym stoku mozolnie idziemy w górę. Niewielki sosnowy lasek. To właśnie tu. (…) Co kilkanaście minut teren, po którym się uwijamy, gwałtownie drga – to przejeżdża kolejka. (…) Osobną atrakcją jest leżące w pobliżu lotnisko helikopterów. Lądujące lub startujące maszyny przelatują z ogłuszającym hukiem dosłownie nad naszymi głowami. Podmuch powietrza szarpie płótno namiotów.”

Ojciec opisuje je nieco inaczej.

Niedaleko od dworca. Trzeba było wyjść z miasteczka w tę stronę, z której przyjechaliśmy i tam z jednej strony szosy, którą nic nie jeździło, płynął potoczek, a z drugiej było nasze miejsce, czyli nasyp porośnięty modrzewiowym laskiem. Ów nasyp mieścił tunel kolejki, więc faktycznie pod namiotami przejeżdżał pociąg. Nie było tam żadnej żwirowni, tylko maszyna, która robiąc piekielny hałas, wydobywała kamyki z dna wspomnianego potoku. Zresztą jak żwirownia miałaby nadgryźć tunel kolejki? Owszem, było to jakieś 200-300 metrów od lądowiska helikopterów, na tyle daleko, że podmuch startujących maszyn nie szarpał namiotów. Gdyby nie ta maszyna w potoku, to byłoby całkiem cicho i spokojnie. Przychodzili tam zresztą piloci posiedzieć wieczorami przy ognisku, które rozpalali za pomocą paliwa lotniczego. Nie wadzili im jednak zagraniczni kempingowcze. Oczywiście potem w Polsce wszyscy się dowiedzieli, że tam biwakowaliśmy, zrobiło się to popularne i już potem stamtąd policja Polaków goniła, ale wtedy chyba jeszcze funkcjonariuszom nie przyszło do głowy, że ktoś może spać w tamtym miejscu.

Problemem były za to kozy, które pasły się w okolicy i (skuszone zapachem kiełbasy?) dobierały się do obozowiska. W końcu kozioł rozpruł rogami tropik jednego z namiotów, co zmusiło mieszkańców do zrobienia ogrodzenia z liny wokół obozu.

 

Widok z dachu kolejki na Matterhorn. Na pierwszym planie lądowisko helikopterów.

 

A kiełbasy rzecz jasna było w obozowisku co niemiara (choć i tak mniej niż planowano). Między masztami namiotów wspinacze rozciągnęli sznurki i na nich powiesili przemycone pęta, tak że kiełbasiany tłuszcz kapał na śpiwory. No cóż, ten niewielki dyskomfort pozwalał zaoszczędzić drogocenne franki. Dzięki kiełbasie pieniądze wydawano tylko na chleb, owoce i czekoladę. Ojciec kupił także okulary lodowcowe, które nie przetrwały wycieczki na Matterhorn i mapę okolic Zermatt, którą pożyczył i nie oddał zespół Anna Czerwińska, Krystyna Palmowska.

Pierwsza wycieczka była rzecz jasna aklimatyzacyjna. Wilusz, Zdzitowiecki i Kieńć wybrali się drogą normalną na Monte Rose. Trasa ta stanowi łatwe, turystyczne wejście na szczyt wyższy od Matterhornu. Tam, powyżej 4000 m n.p.m wspinacze przenocowali w śniegach pod wierzchołkiem przykryci płachtą biwakową. Miejsce chyba wybrali niefortunnie, gdyż na śpiących zsuwał się z góry śnieg, systematycznie przysypując płachtę. Ojciec, swoją drogą pierwszy raz na takiej wysokości, nie mógł spać, było mu duszno pod śnieżną kołderką. W końcu wygrzebał się spod płachty i przez resztę nocy aż do świtu to drzemał, to odkopywał śpiących w najlepsze towarzyszy. Po biwaku zespół zszedł na dół, uznając aklimatyzację za zakończoną.

Wilusz (na pierwszym planie) i Zdzitowiecki (za nim).

IV

Pierwszym celem właściwym eskapady było Dent Blanche, a dokładniej jego północno-wschodnia, rzadko uczęszczana ściana. Wybrały się pod nią oba zespoły trójkowe. Zespół Milewski, Jagiełło, Piotrowski pod ścianę wyruszył jako drugi i po drodze zaliczył niewielką przygodę. Jego członkowie postanowili zrzucić swoje plecaki z progu lodowcowego, aby ułatwić sobie wiodące nim żmudne zejście. Dopiero potem okazało się, że ów próg jest prawie pionowy i wylany twardym lodem. Pewnie gdyby to zauważyli w porę, to wyjęliby z plecaków linę, albo chociaż raki. Tak to pozostało im schodzenie improwizowanymi i tylko sobie znanymi sposobami, które na pewno przyjemne nie były. Ostatecznie jednak wszyscy dotarli pod ścianę cali. Warunki obiektywne na Dent Blanche wymuszały wytyczenie nowych dróg. Choć północno-wschodnia ściana tego czterotysięcznika miała już swoje przejścia, to istniejące drogi biegły terenem, który tego lata zdawał się wyjątkowo narażony na lawiny kamienne. Było bowiem rekordowo ciepło. Ojciec wspominał, że nigdy nie przeżył takiego upału jak wtedy w Alpach na lodowcu. Słońce świeciło tego roku tak mocno, że stopniały nawet słynne pola śnieżne na północnej ścianie Eigeru, jak się potem okazało, uniemożliwiając tam działalność górską. Gdy bowiem w Alpach topi się lód i śnieg, to zaczynają sypać się kamienie. I tak, gdy tylko promienie wschodzącego słońca dotykały ściany Dent Blanche, w dół waliły się kamulce i głazy, zniechęcając do wspinaczki istniejącymi drogami.

Palec Kieńcia, Zdzitowiecki i Wilusz (ostatni) na nowej drodze na Dent Blanche.

 

Obserwacja wykazała jednak, że lewa część ściany wydaje się bezpieczna. Tam właśnie mój ojciec wypatrzył niezbyt wybitny filar, którym jego zespół poprowadził nową, średnio trudną drogę. Druga trójka podjęła próbę przejścia dziewiczej linii prowadzącej bliżej środka ściany, lecz ostatecznie poszła śladami towarzyszy.

Sama wspinaczka w ścianie nie zasłużyła w opowieściach mojego ojca na zbyt wiele miejsca. Znaczy to, że było łatwo i nawet biwak trafił się wygodny, czyli taki, że nie trzeba było plecaków wieszać na hakach, tylko można było je normalnie postawić. Na Matterhornie już tak wygodnie nie było.

Natomiast zejście z wierzchołka Dent Blanche, po teoretycznie nietrudnej grani, dostarczyło sporo emocji. Grzebienie ze śniegu, po których przyszło iść wspinaczom, w niektórych miejscach były tak cienkie, że wbijając w nie raki, można było je przebić na wylot. To było karkołomne, mieliśmy pełne ręce roboty – mówi ojciec. Asekuracja w takim terenie bywa nazywana towarzyską, co znaczy, że jak się spada to zazwyczaj z towarzyszem. Ojciec dodaje: Trzeba patrzeć, w którą stronę spada partner i samemu znaleźć się po drugiej stronie grani. Więc najgorzej jest, jak spada ten, co idzie drugi.

 

Wygodne miejsce biwakowe na Dent Blanche. Od lewej: Zdzitowiecki i Wilusz.

 

Po zejściu z wierzchołka na wspinaczy czekała nagroda w postaci schroniska Cabana De La Dent Blanche. Gospodarz przybytku zwracał się do gości jedynie w języku francuskim, co w wielojęzycznej Szwajacarii, a zwłaszcza w sektorze turystyki alpejskiej, uchodziło za osobliwość, a może nawet niegrzeczność. Ale polscy wspinacze z nim wcale nie rozmawiali, bo i o czym tu gadać. Franków mieli mało, więc nic nie zamawiali, a na nocleg zeszli niżej. Ojciec sfotografował za to kawałek szarego, brudnego lodowca, tuż koło Cabany. To historyczne miejsce lądowania Hermanna Geigera, lotnika, który niewielkim samolocikiem Piper PA-18 prowadził akcje ratunkowe w Alpach, na długo, zanim ciężkie i niezgrabne helikoptery w ogóle zaczęły się do takich celów nadawać. A sztuka lądowania samolotem na pochyłym, zaśnieżonym lodowcu jest chyba nawet bardziej szalona niż ekstremalne wspinaczki. Czytając historię lodowcowych lotników trudno oprzeć się wrażeniu, że góry przyciągają wariatów.

Wracając z Dent Blanche, idący przodem Jagiełło przebił nogami śnieżny most nad niewidoczną lodowcową szczeliną. Przyszły naczelnik tatrzańskiego GOPRu szedł bez asekuracji, więc uratowało go tylko zwężenie szczeliny, w którym się zaklinował oraz fakt, że akurat sięgnęła go zrzucona z góry lina. Zaklinowany Jagiełło nie był w stanie wyjść o własnych siłach, więc Piotrowski i Milewski zabrali się za energiczne ciągnięcie liny, do której pechowiec się dowiązał, a że żaden z nich ułomkiem nie był, cudownie uratowany wspinacz przebił ten sam most w innym miejscu, tym razem twarzą. Dopiero to drugie przebicie spowodowało u niego obrażenia, ale był żywy i zdolny do wspinaczki.

Mój ojciec natomiast zgubił rękawice. Na jednym z licznych postojów położył je na kamieniu i po prostu poszedł dalej. Niby nic wielkiego, bo miał drugie, zapasowe. Ale ten drobny błąd okazał się potem brzemienny w konsekwencje.

V

Zdzitowiecki, Kieńć i Wilusz jako kolejny cel obrali powtórzenie Drogi Bonattiego na północnej ścianie Matterhornu. Do dziś jest to droga chodzona znacznie rzadziej niż położona w sąsiedztwie linia pierwszych zdobywców ściany, braci Schmid. Mniejsza popularność Bonattiego wynika przede wszystkim z faktu, że i dziś najlepsze zespoły raczej nie mogą liczyć na przejście drogi w ciągu jednej doby (Ueli Steck, arcymistrz alpejskich sprintów, potrzebował aż 25 godzin na samotne rozprawienie się z tym klasykiem). Tymczasem północna ściana najbardziej rozpoznawalnej góry świata nie słynie z wygodnych miejsc biwakowych. Na przełomie lat 60. i 70. droga Bonattiego miała zasłużoną reputację ekstremalnej.

 

Kieńć (na dole, tyłem) w drodze na północną ścianę Matterhornu.

 

Gdy pokazałem ojcu zdjęcie Waltera Bonattiego wiszącego na Matterhornie w płachcie biwakowej zamocowanej na kilku hakach, ojciec autentycznie się zdziwił. Gdzie on tam znalazł tyle miejsc na haki? – spytał.

Może właśnie nieprawdopodobna umiejętność wyszukiwania dobrych szczelin stanowiła o kunszcie Włocha, uważanego do dziś za najlepszego alpinistę wszech czasów. Tak czy inaczej, opinia o tym, że na północnej ścianie Mattherornu raczej trudno się wyspać pojawia się w wielu relacjach. Po pierwsze ciężko tam nawet o normalny poziomy stopień, wszystko jest pochyłe, tak że działa głównie na tarcie, nie ma wygodnych półek czy wypłaszczeń. Po drugie krucha skała sprawia, że osadzanie haków jest trudne i nie jest łatwo cokolwiek tam powiesić. Reinhold Messner, pierwszy zdobywca Korony Himalajów i Karakorum miał po nieudanej próbie na drodze Bonattiego powiedzieć, że wycofał się z niej nie dlatego, że trafił na złe warunki, ale dlatego, że po prostu nie był w stanie jej zrobić. Sam Franz Schmid, który wraz z bratem jako pierwszy przebył północną ścianę, choć wybrał drogę wiodącą łatwiejszym terenem niż Bonatti, pisał: „Nie znaleźliśmy nawet małego spokojnego miejsca w tej strasznej ścianie”. Gaston Rebuffat nazwał Matterhorn „piękną kupą kamieni”, a przejście jego północnej ściany „nieprzyjemną wspinaczką”. Chodziło mu chyba o to, co wprost powiedziała Yvette Voucher, pierwsza kobieta, która przeszła drogę Schmidów, że „te kamienie trzymają się razem tylko dlatego, że wszystko jest zamarznięte”. Zresztą opinie Voucher zdaje się potwierdzić gigantyczny obryw, w którym ponad 1000 metrów sześciennych skały odpadło od grani Hornli, odsłaniając pod spodem szczery lód. Spory kawał skały naprawdę trzymał się Matterhornu tylko dlatego, że był przymarznięty.

Kieńć na pierwszych wyciągach Bonattiego.

 

Walter Bonatti wytyczył swoją drogę na północnej ścianie Matterhornu w szczególnych okolicznościach. Poprowadził ją samotnie (czy mówiąc dokładniej, w towarzystwie ulubionego, zabawkowego misia) i to zimą, kończąc w ten sposób swoją karierę w wyczynowym sporcie. Przejście miało miejsce w 1965 roku, niemal równo 100 lat po pierwszym wejściu na Matterhorn i wywołało niebywałe poruszenie w świecie wspinaczkowym. Pierwsze powtórzenie drogi miało miejsce latem 1966 i było dziełem polskiego zespołu w składzie Ryszard Szafirski, Adam Zyzak, Ryszard Berbeka i Jan Stryczyński. Drugie przejście zimowe odbyło się w marcu 1967 roku kosztem życia słowackiego alpinisty Stano Lednara.

VI

Słońca, które dręczyło wycieczkę w czasie lodowcowych spacerów, oczywiście nie było w dniu, w którym Zdzitowiecki, Wilusz i Kieńć mieli wejść w północną ścianę Matterhornu. Poprzednią noc wspinacze spędzili niespokojnie, biwakując na brzegu szczeliny lodowcowej i nasłuchując zjeżdżających z góry lawin. Alpinistów nie opuszczała obawa, że któraś kolejna wybierze nieodpowiedni dla nich tor i wepchnie całą trójkę do szczeliny. Nad ranem zaś okazało się, że całą okolicę spowija gęsta mgła. Nie było mowy o górskiej działalności. Wilusz i Kieńć przenieśli się więc w bezpieczniejszy teren i wysypiali się dalej, a Zdzitowiecki pognał do Zermatt po jakiś brakujący ekwipunek. Następnego ranka pogoda okazała się lepsza, choć było na tyle ciepło, że rozmiękły lód uniemożliwił normalne pokonanie szczeliny brzeżnej broniącej dostępu do ściany. Zespół przebył ją więc po moście usypanym przez zjeżdżające tamtędy cały czas lawiny i rozpoczął wspinanie drogą Bonattiego.

Kieńć na pierwszych wyciągach Bonattiego.

 

Ładna pogoda nie trwała długo. Po południu zamknęło się okno pogodowe i zaczął sypać śnieg. Świeży śnieg utrudnia wspinaczkę w wyjątkowo parszywy sposób, bo niezwiązany z podłożem nie oferuje żadnych punktów zaczepienia. Celem osadzenia asekuracji lub znalezienia pewnego miejsca na oparcie raków, trzeba go wygarniać tak długo, aż nie trafi się na jakąś w miarę twardą warstwę np. solidną skałę, lub stary, dobrze sprasowany śnieg. Grzebanie w sypkim śniegu jest pracochłonne, frustrujące, a sam śnieg, no cóż, w okolicach zera stopni Celsjusza jest przecież mokry. W załamaniu pogody, mniej więcej pod wieczór, zespół dotarł do kluczowych wyciągów drogi idących przez Trawers Aniołów.

Mój ojciec prowadził. Na rękach miał zapasowe rękawice z przerobionych wełnianych skarpet, które najzwyczajniej w świecie się przetarły i marzł, grzebiąc w śniegu gołymi palcami. Zatrzymał się, czując, że traci czucie. Gdy po chwili znów ruszył, stracił równowagę i nieopatrznie złapał się asekuracyjnego haka w ten sposób, że wyrwał go z poziomej szczeliny. Tym sposobem runęli razem, ojciec i hak. Niedużo, parę metrów, ale wystarczyło, żeby zahaczyć prawą nogą o wystający blok skalny i złamać ją w kostce. Był wieczór, więc zespół postanowił zaczekać do rana. Jak pisał potem Zdzitowiecki w Taterniku, był to „pierwszy z serii niewygodnych biwaków”.

 

Kieńć prowadzi na Bonattim, zdjęcie wykonane przed załamaniem pogody.

 

Żeby zrozumieć choć odrobinę, na czym polegała ta niewygoda, warto zacząć od faktu, że oczywiście ani na Matterhorn, ani wcześniej na Dent Blanche towarzystwo w ogóle nie wzięło śpiworów. Wprawdzie modne wtedy były tak zwane nogi słonia, czyli śpiwory krótkie, sięgające do pasa, używane w komplecie z noszoną w dzień kurtką puchową, jednak nawet one wydały się wspinaczom za ciężkie. Mieli płachtę biwakową, która chroniła ich od wiatru i zasłaniała przed śniegiem i dwie liny, którymi można było odizolować się nieco od zimnej skały. Podobnie można było użyć własnego plecaka. Do plecaka można by też teoretycznie włożyć nogi, dla dodatkowej ochrony przed chłodem nocy, ale w tym terenie nie dało się odpiąć raków. Zapierali się więc nimi o skałę lub lód.

Trwali tak ni to wisząc, ni to siedząc, w pionowej ścianie, oczekując na świt. Cały czas padało i cały czas bokami schodziły lawiny. Sen mieli pewnie tym lżejszy, że było o czym myśleć. Problemat polegał na tym, że o ile teraz znajdowali się w miejscu chronionym od góry przez przewieszkę, to gdyby rano podjęli się zjazdów, cały kolejny dzień spędziliby w rejonie zagrożonym przez lawiny. I śnieg i kamienie waliły się na połacie ściany, którymi wiodła linia ich potencjalnego odwrotu. Wiele wskazywało na to, że bezpieczniejsza droga wiedzie w górę. Ale w górę musieliby przecież wchodzić z kontuzjowanym partnerem. Nie byli też pewni dokładnie, co stało się z kostką Kieńcia. To, że jest złamana i wymaga operacji oraz wielomiesięcznej rekonwalescencji okazało się dopiero kilka dni później w Zermatt, u doktora Gantinetty, którego ojciec do dziś ciepło wspomina. Teraz byli w ścianie i pewnie łudzili się, że ojcu do rana przejdzie. I faktycznie trochę przeszło. Kostka spuchła na tyle, że wysoki but usztywnił nogę prawie jak gips. Nie wiem, ile było w tym kalkulacji, ile optymizmu i ile wiary w cuda, ale o wschodzie słońca ojciec oznajmił kolegom, że może iść w górę. Pogoda nie wyszła naprzeciw optymizmowi Kieńcia. Drugiego dnia rozszalała się regularna burza śnieżna z piorunami. Wspinali się wolno, Kieńć o skałę opierał się zębami raków lewej nogi i kolanem nogi prawej. Małe lawinki dręczyły wspinaczy do tego stopnia, że sprasowany śnieg wciskany z impetem między plecaki a kurtki musieli wygrzebywać czekanami. Drugie miejsce na biwak było nieco lepsze od pierwszego, ale też pozwalające najwyżej usiąść. Trzeciego dnia wspinaczki, już w nieco lepszych warunkach omyłkowo zeszli w teren, który nie puszczał w górę. Gładka płyta, zamykająca im drogę szczerzyła się parą nitów. Tymi nitami ktoś musiał z wielkim mozołem, w trudnym terenie, wgryźć się w litą skałę. Najprawdopodobniej to stamtąd wycofywała się zimowa wyprawa Czechosłowacka po śmierci Stano Lednara. Zdzitowiecki, Wilusz i Kieńć znaleźli właściwą drogę kilkadziesiąt metrów w bok. Dalej było łatwiej i trzeci biwak rozłożyli tuż poniżej szczytowej grani.

Zawsze zastanawiali mnie ludzie, którzy mówią o pięknie gór. Dla mnie góry są przede wszystkim straszne i w drugiej kolejności nieludzkie. Gdy byłem w Prokletijach, których nazwa Góry Przeklęte wydaje mi się całkiem adekwatna, stąpając po kruchych, białych, dudniących płytach, miałem wrażenie, że te góry to kurhany. Całkowicie pozbawiony roślinności i zwierząt krajobraz poszarpanych grani rodził w mojej głowie jedną zasadniczą myśl – jeśli piekło istnieje, to mogłoby tak wyglądać. Trudno sobie wyobrazić coś bardziej nieludzkiego niż goła skała, niż labirynt gołej skały i brudnego śniegu. Środowisko, w którym nawet prymitywne porosty występują rzadko. Gdzie nie ma właściwie wody, bo jeśli już, to trzeba ją wytopić ze śniegu, co zazwyczaj wcale nie jest takie łatwe. Jeśli nie ma śniegu, to skała nie oferuje człowiekowi nic, co jest mu potrzebne, aby przetrwać.

 

Piotrowski dociera do Slovayhutte asekurowany przez Jagiełłę. Zdjęcie wykonane ze środka schronu, przez okno.

 

Wyjście na szczyt takiej góry jak Matterhorn to jednak w jakimś stopniu powrót do cywilizacji. Już wtedy, w początku lat 70. wejście drogą pierwszych zdobywców, granią Hornli, było popularną wycieczką dla średnio-zaawansowanych turystów, więc wchodząc na szczyt, zespół znalazł się znów wśród ludzi. Zła pogoda trwała jednak nadal i ani zejście w dół, ani zorganizowanie akcji ratunkowej nie prezentowało się łatwo. Ojciec po kilku godzinach doczłapał do Solvayhutte, bezobsługowego schronu na grani, który przycupnął na skalnej platformie na tyle małej, że nie jest możliwe, aby minęły się dwie osoby obchodzące chatkę. Jego towarzysze kontynuowali zejście, celem powiadomienia ratowników w Zermatt o konieczności przetransportowania rannego śmigłowcem. Pogoda jednak nie była lotna. Było jasne, że Kieńć spędzi w schronie kilka dni. Piotrowski i Jagiełło podeszli do Solvaya z zamiarem potowarzyszenia ojcu w oczekiwaniu na śmigłowiec. Przynieśli też żywność z zapasów zgromadzonych w obozie, ale szybko okazało się, że w bezobsługowym szwajcarskim schronie znajduje się więcej jedzenia, niż wspinacze z PRL mieli na resztę swojej wyprawy. Załamanie pogody, które kosztowało mojego ojca upadek i złamanie, nadeszło akurat w momencie, w którym większość wycieczek atakujących szczyt granią Hornli była w Solvayu. Ci wspinacze zostawili swoje zapasy w schronie i zeszli na dół, co okazało się błogosławieństwem tak dla Kieńcia, jak i dla oczekujących z nim Piotrowskiego i Jagiełły. Trzeciego dnia nadeszła poprawa pogody i ranny został przetransportowany śmigłowcem do kliniki w Zermatt. Gdy ojciec leżał w szwajcarskim szpitalu Jagiełło, Piotrowski i Milewski wytyczyli nową, trudną drogę na północnej ścianie Dents d’Herens. Wejście na Eiger uznano za niemożliwe z uwagi na ciepło i złe warunki w ścianie.

Lotna pogoda i nadlatujący helikopter. Zdjęcie wykonane przez okno z Solvayhutte.

 

Dla mojego ojca alpejska przygoda zakończyła się ześrubowaniem potrzaskanych kości. Śruba uniemożliwiała mu wspinaczkę przez kolejne miesiące, a że życie w mieście wymaga jakiegoś zajęcia (nawet jeśli są tam stawy, to nie ma w nich pieniędzy), Kieńć podjął pracę kierowcy w towarowym PKS.

Mówi, że gdyby nie miał tej śruby, to następnego lata pojechałby w wyższe góry. Jedną z jego partnerek od liny była wówczas Wanda Rutkiewicz – wtedy dokładnie u progu swojej himalajskiej kariery. Kieńć jednak wspinał się wówczas mało, a śruba powodowała ból przy każdym przypadkowym uderzeniu w kostkę. Gdy ojciec wziął dwa tygodnie urlopu w PKS w 1973 roku, kondycja nie pozwalała mu wejść turystyczną drogą z Morskiego Oka na Rysy. Pomimo to nie porzucił wspinaczki. W tym samym roku, w Betlejemce, wówczas jeszcze prywatnym schronisku o niskim standardzie, uruchomiono szkołę wspinaczkową. To dało bezdomnym taternikom nową bazę wypadową, bo instruktorzy, gdy szkolili, spali w Betlejemce za darmo. Od 1974 aż do stanu wojennego ojciec mieszkał na stałe na Hali Gąsienicowej, trochę jako instruktor wspinaczki w Betlejemce, trochę jako pracownik schroniska Murowaniec, trochę jako ratownik Tatrzańskiej Grupy GOPR, a gdy nie miał innego wyjścia, próbował pomieszkiwać w opuszczonych pasterskich szałasach. Nie został w nich na stałe, choć był w tatrzańskiej społeczności i taki jeden, któremu się to udało: Jano, także instruktor wspinaczki, a potem także bimbrownik i w końcu producent amfetaminy, z powodu swego nietypowego lokum przez lata był ikoną Hali. Ojciec nie pojechał już nigdy w Alpy i nie wspinał się na drogach o takich trudnościach jak Bonatti. Dziś o wspinaniu mówi: Wyleczyłem się w końcu z tego nałogu. Potrzebne były do tego: stan wojenny, dzieci i słabsze zdrowie.

 

 

Witold Kieńć ur. 1984, dawniej socjolog, trochę się wspinał. Ostatnio głównie księgowy i piwowar w spółdzielczym Browarze Sabotaż.

 

Please follow and like us:

3 Comments on “Nałóg – jak wspinacze z PRL-u podbijali Zachód – Witek Kieńć”

Comments are closed.