Dhondupa spotykam pierwszego dnia strajku przeciwko nowej konstytucji Nepalu, zorganizowanego przez maoistówi zjednoczonyh z 29 mniejszymi partiami. Ściągnięte z prowincji tłumy zablokowały centrum miasta; wybijają szyby w sklepach, podpalają samochody i skutery. W naszej okolicy ulice są puste, nikt nie chce nawet odpalić silnika, na jednej z głównych arterii miasta – Jorpati, która zwykle dusi się od pyłu i zapachu taniej benzyny, kilkoro nastolatków gra w badimtona. Jest cicho, oprócz rozmów słychać jedynie szum przelatujących co kilkanaście minut samolotów.

Fot. Jakub Belina Brzozowski

Miał jechać na nepalsko-chińską granicę; strajk pokrzyżował mu plany. Jest wieczór, siedzimy przy stole. Dhondup ledwie się tam mieści; jest wysoki, w lewym uchu błyszczy okrągły, złoty kolczyk, skulone, muskularne ciało ukryte jest za kraciastą koszula i jasnymi, błękitnymi jeansami. Jemy thukpę (jego zupa jest aż czerwona od chili, które wrzuca pełnymi łyżeczkami) popijając winem. Pytam go, po co chce jechać do Tatopani:

Jeżdżę tam regularnie, przynajmniej raz, dwa razy do roku. Tam, w Tybecie, został mój ojciec. Przekazuję mu kilka drobiazgów: ubrań i biżuterii zrobionych tu w Nepalu. On przywozi mi leki z klasztoru Jhokhang; da się nimi wyleczyć wszystko.

Wino jest smaczne, szybko wchodzi nam do głowy. Dhondup napełnia szklanki. Tybetańczycy nie mają swojego odpowiednika „na zdrowie”, stukamy się więc angielskim „cheers”.

Nie możemy się spotkać. Widzisz, na granicy jest zawsze kilku pośredników, ludzi, którzy mają papiery na przekraczanie granicy. Tam w Tatopani, granicą jest wielki most; my nie możemy na niego wejść, ja o i ojciec stoimy na dwóch jego końcach. Pomiędzy nami są chińscy i nepalscy żołnierze oraz kilku pośredników, kursujących w tą i w tamtą stronę.

 

Czasami wydaje mu się, że gdzieś zza zielonych i niebieskich mundurów żołnierzy widzi sylwetkę ojca. Ale to to tylko złudzenie; chociaż są kilkaset metrów od siebie, nie mogą się dotknąć, nie mogą się nawet zobaczyć.

Ale wiem, że on tam jest. To prawie jak spotkanie, prawda? – dodaje z gorzkim uśmiechem i wyciąga kolejną butelkę wina.

– – –

U. pracuje w kantynie, w której – gdy jestem w Katmandu – niemal codziennie piję kawę z gorącym mlekiem. Kawa jest rozpuszczalna, ale smakuje zaskakująco dobrze. A może smakuje lepiej, bo podaje ją U. Jest piękna, ma długie, kruczoczarne włosy, smukłą, sprężystą sylwetkę. Jej uśmiech ma w sobie ujmująca sprzeczność; jest szeroki, ale zarazem nieśmiały. Gdyby nie to, że żyjemy w dwóch różnych światach, a rozsądek podpowiada mi, że są one nie do pogodzenia, pewnie bym za nią szalał. A tak siedzę nad kawą i wmawiam sobie, że piję ją tylko ze względu na cenę i wyjątkowy smak.

 

U. studiowała biologię, ale ze względów finansowych musiała te studia przerwać. Potem była nauczycielką w lokalnej, tybetańskiej szkole. Zrezygnowała z tej pracy sama.

To była bardzo angażująca praca. – tłumaczy mi któregoś razu – A tu, gdy nie ma zbyt wielu klientów, mam czas dla samej siebie. W szkole tego nie miałam.

 

„Czas dla samej siebie” U. spędza na dwa sposoby, nad zeszytem i łapaną słabym sygnałem chińską telewizją. Bo U. ma jedno poważne marzenie, chciałaby nauczyć się chińskiego. Gdy pytam ją po co, mówi tylko, że to „przydatny język”, bardzo się jej „podoba”. Szybko ucina ten temat, wydaje się być speszona. Nauka chińskiego jest w kręgach uchodźczych odbierana co najmniej ambiwalentnie.

*

Nyima zna U. Opowiada mi o niej, gdy pytam ją, czy w Nepalu mieszka wiele tybetańskich sierot.

 

Większość sierot trafia do Indii, do Tibetan Children Village. Ale tutaj, w Nepalu, przeważają „sieroty” takie jak U.; ta, która pracuje w kawiarni, do której czasami chadzasz. Rodzice wysłali ją tutaj, gdy była małym dzieckiem, a teraz ma 25 lat i dotąd nie zobaczyła się ponownie z rodziną. Czasami myślę, czy nie byłoby dla niej lepiej, gdyby naprawdę była sierotą, miałaby przynajmniej szansę na to, żeby zaadoptowała ją jakaś samotna para Tybetańczyków.

*

U. ma przewieszony przez ramię ochronny naszyjnik. Do lnianego sznurka przyczepione są wypisane na zrulowanych zwitkach papieru mantry, laminowane zdjęcia Dalajalamy i Sakya Trinzina (zwierzchnik szkoły buddyjskiej Sakja – przyp. aut.). Pomiędzy nimi – schowane w kolorowych, miniaturowych woreczkach amulety, które pobłogosławił pewnie mieszkający w okolicy Rinpocze. Nie pytam się nigdy „dlaczego”. Przecież wiem, że ma ją to chronić przed złymi siłami i nieszczęściami, że jej naszyjnik pełni podobną rolę, jak dawany mi w dzieciństwie na podróż różaniec.

 

Kiedyś, gdy siedzieliśmy sami w kantynie, U. zdjęła naszyjnik i zaczęła otwierać kolorowe woreczki. Wbrew temu, co myślałem, nie wyjęła z nich amuletów – tylko znowu zdjęcia. Nie ma na nich Rinpocze i lamów; sfotografowani są ubrani po świecku, w tradycyjne, galowe stroje. Uśmiechają się do obiektywu szeroko, a przy tym jakby trochę nieśmiało.

 

Fragmentarium.pl
Jakub Belina-Brzozowski