„Kiedy ci smutno i nic nie wychodzi mów amen, jak Maryja amen, widocznie Bóg tak chce, na pewno” nuciła, nieco zaniepokojona, że coraz częściej pojawiają jej się z tyłu głowy te kościelne melodie. Bo przecież nie jest jej znowu tak smutno i wcale też nie tak, że nic nie wychodzi. A już na pewno nie jest jak Maryja, chociaż może jaskrawymi kolorami i uwielbieniem do sztucznych kwiatów dobrze by do siebie pasowały. Właściwie to z amen też była raczej na bakier. Częściej rzucała klątwy na świat, złe uroki, posyłała go w cholerę, niż godziła się na jego cyniczny status quo. Dla niepoznaki starała się utrzymywać wewnętrzny uśmiech i zawsze lekko podnosić do góry kąciki ust, tak jak radziła jej pani z Body-Mind treningu.

To myśląc, wyciskała rękami w lilaróż elastycznych rękawiczkach kolejną szarą szmatę, którą wytarła właśnie kawał podłogi. Nie jest źle, nie jest źle — powtarzała sobie co rano — inni mają gorzej. Na małym kafelkowym podeście obok pisuarów, stygła jej czarna kawa. Popijała ją drobnymi łykami w przerwach od wycierania i dezynfekowania, kiedy zatrzymywała się na chwilę w chemicznych oparach kolejnych spryskiwaczy, których jakość testowała, zeskrobując ze ścian niewiadomego pochodzenia, zaschniętą wydzielinę.

Deutsche Reinigungsmittel.

Jej codziennym królestwem była łazienka, publiczna toaleta. Cztery kabiny, dwa pisuary — urządzenia łazienne podzielone ze względu na posiadane genitalia, parę umywalek i schowek pełen specyfików, z których łatwo można by skonstruować małego zasięgu broń biologiczną. Przestrzeń odwiedzana raczej niechętnie, raczej z przymusu, w tak zwanej sytuacji podbramkowej, kiedy nie ma już gdzie indziej szukać pomocy, a we wszystkich kawiarniach siku tylko dla klientów. Ostatnia deska dobrego wypróżnienia. Nie ma co się rozpisywać to zwykle krótka akcja. Wejść, załatwić, wyjść. Najczęściej jeszcze zapłacić, z bólem wrzucić euro do pani, do wiklinowego koszyczka, puszki czy skarbonki, która łypie metalowym okiem na wszystkich przechodzących. Ona sama w swojej klozetowej historii widziała już niejedno. Niejedną brawurową ucieczkę i nieudane próby natychmiastowego rozpłynięcia się w niebycie. Widziała też takich, którzy próbując ominąć strefę płacenia, załatwiali swoje potrzeby w najbliższym kątku, tuż za rogiem, między drzwiami biura a ścianą schowka, rozbryzgując żółty płyn na białych ścianach i szarym gumolicie. Terror jednego euro ominięty, sprawa załatwiona. Nic prostszego. Tyle że ona to później posprząta, w swoich gumowych lilaróż rękawiczkach podciągniętych prawie pod pachy. Stanie się specjalistka od usuwania moczu z przestrzeni publicznych innych niż toaleta, chociaż nie jest to uwzględnione w jej kontrakcie. W którym uwzględniono natomiast zawartość koszyczka…

www.instagram.com/yahoda

Czasem myśli, że taka łazienka to jednak jest przestrzeń intymna, bezlitośnie zrównuje wszystkich do ich czystej fizjologii. Obserwuje codziennie ten dance macabre w publicznej ubikacji. Tu nieważne jest, kim w życiu jesteś i co robisz, czy masz skórzane buty, czy białe adidasy tu liczy się „jedynka” czy „dwójka”, i czy kolejka jest długa. Wszyscy siadają na tej samej muszli i myją ręce migdałowym mydłem w płynie. Nie ma biznes klasy, a o higieniczne standardy dba ona i jej broń chemiczna. Czasem przyglądnie się z boku, stojąc oparta o ścianę, jak poprawiają ubrania i podciągają zmęczone twarze, kontrolując uważnie w kwadratowym lustrze stan swojego odbicia. Łazienkowe portrety w kolorze krankenhaus grün, wszystkie dokładnie takie same, jednakowe.

Raz na jakiś czas stara się wycierać nasączoną acetonem gazą drzwi kabin, próbując zmyć twórczość domorosłych poetów i anonimowych artystek, numery telefonów, pamiątki pierwszych razów, komentarze do nieznośnej rzeczywistości. Przestrzeń toalety przestrzeń inspiracji. Oznaczanie terenu — poziom zaawansowany, żeby ściany pamiętały i ludzie widzieli. A widzą na pewno, bo przecież nie jedna osoba siądzie na tej desce i powędruje wzrokiem po ścianach, szukając punktu zaczepienia. Fizjologia i edukacja razem ku przyszłości. Dlatego strategicznie umieszczają swoje wpisy. Jednym zależy na widoczności innym na zaskoczeniu, są też tacy, co w ogóle wszystko mają w dupie. Używają tego, co pod ręką: ci lepiej przygotowani farby i spraye, ci bardziej awangardowi kał i krew, jeszcze inni spontaniczne zrywy weny zapisują długopisem. Po tym, co widziała, już nic jej nie zaskoczy.

„Patrz, nawet brokatem posypali!”. „Ale co kupę czy krew?”, „Ścianę!” Zdaje sobie sprawę, że granice jej wyobraźni wykraczają daleko poza obszary serwowane jej przez rzeczywistość.

W trakcie sprzątania wyskoczy jej czasem znienacka mały zielony pakunek, starannie zawiązany i schowamy za spłuczkę. Ona wie, co to za chlopaki go tam wrzuciły. Zna ich twarze i sekretne schowki. I wie, że za zamkniętymi drzwiami dzielą się towarem, spuszczając wodę dla niepoznaki. Mogłaby donieść, zadenuncjować. Mogłaby też zarobić, sama rozkręcając biznes zbudowany na cennych znaleziskach. Ale tego nie zrobi. Wie, że jej ufają, mówią jej „dzień dobry” co rano. Matko boska zielna opiekunko pól. Ma też zasadę, że to, co się wydarza w ścianach jej toalety, tam też zostaje. Orędowniczko nasza.

Chociaż kusi ją nieraz wizja słodkich rewanży zwłaszcza za przebieganie po świeżo umytej, jeszcze mokrej podłodze. Mimo że mop ustawiony jest w poprzek framugi, co powinno być jasnym sygnałem „stop” to przedrepta taki pan w swoich wypolerowanych lakierkach, zostawiając ścieżkę odbitych podeszw. I szoruj to znowu kobieto, przecieraj w nieskończoności. I czekaj, aż wróci, by znowu załatwić swoje sprawunki, nie patrząc wcale na twoje umyte podłogi. Albo przyjdzie znowuż inny chłopaczek w czerwonej à la bejsbolowej czapeczce i przykrótkich spodniach z odsłoniętą kostka, zażąda od ciebie opuszczenia stanowiska pracy na czas jego załatwienia się. Sprawa priorytetowa, wiadomo. — Tak jest, oczywiście, dla szanownego pana z chęcią wyskoczę, jasna sprawa. Poczekam przed kabiną, słuchając odgłosów z muszli, a potem z uśmiechem na twarzy powycieram wszystkie brązowe kleksiki, które nie spłynęły do bazy wraz z pozostałymi… Nie ma u niej takiej możliwości, zwykle wysyła tylko spojrzenia o mocy rażenia lasera i śle delikwentów do sąsiedniej toalety, upewniając ich przy tym, że w tzw. damskiej też sobie poradzą.

Zawsze ja wprawia w zdziwienie strach przed kabinami w toaletach z kółeczkiem, jakby za drzwiami kryły się potwory pożerające męskość. W drugą stronę sprawa wygląda inaczej, bywalczyniom damskich toalet dużo prościej wysikać się pod znakiem trójkąta. Ot! Homo sapiens, jego zachowania stadne umotywowane przywiązaniem do geometrii.

www.instagram.com/yahoda

Ma też pomysły i nowe rozwiązania. Zależy jej na jakości i podnoszeniu standardów. Żeby uniknąć żółtych rozbryzgów wokół pisuarów, chciała nakleić zdjęcia małych pand z podpisem „za każdym razem, jak obsikujesz ścianę, jedna panda umiera”. Nie udało się. Pod natężeniem żrących kwasów spływających systematycznie toksycznym strumieniem na zawieszony papier, pandzi pyszczek uległ niemal całkowitej dekompozycji, tracąc zupełnie kolor i kształt.

Kolejna panda umarła pod naporem złotego tsunami.

Spotyka też często fetyszystów papieru toaletowego obkładających się nim w kabinach i zostawiających po sobie podłogę usłana białymi strzępami. Zna też tych, co podkradają rolki papieru mimo łańcuchowych zabezpieczeń, zresztą mylnie postrzeganych jako elementy BSDM-owej erotycznej zabawy. (Toaleta — powszechnie znana przestrzeń seksualnej rozrywki, z elementem ekscytacji, że jest się jednak w miejscu publicznym i a nuż ktoś usłyszy i zauważy. Ona zwykle słyszy i zauważa, a potem sprząta rozgardiasz. No, ale nie o tym…) Kolejne rolki znikają z prędkością światła, prawdopodobnie zasilając domy, których mieszkańcy w kryzysie nie mają już czym się podetrzeć. Zna to z doświadczenia, sama tak robiła, czasem zabierała ze sobą też i mydło. Obserwuje nieraz wzmożoną aktywność artystów zostawiających po sobie papierowe konstrukcje, wiszące girlandy lub rzeźby stateczne. Zdarzają się też martwe natury z elementem organicznym. Zwłaszcza w toaletach z kółeczkiem działa radykalny odłam raw artu, posługujący się menstruacyjną krwią jako głównym środkiem wyrazu. Inny element tej sztuki, w jej skromnej osobie będzie te dzieła usuwać, w ramach nieustannego performansu pod tytułem „opróżnianie śmietnika”.

Ona wie, że jest tu panią na włościach, komendantką klozetowego garnizonu i że to wszystko obserwować może ze swoim profesjonalnym, pracowniczym dystansem. Nikt jej nie podskoczy, kiedy jest na służbie, zna swój teren i swoje możliwości. To jej broszka, jej królestwo, jej kawałek podłogi. Czuje się trochę jak kuratorka sztuki współczesnej, krytycznej, posługującej się radykalnymi środkami, od której zależy, co zostaje, a co ląduje w otchłaniach kontenera. Buduje swoją wizje znośnej rzeczywistości. Dopisuje historie do zapachów i plam, bo bez tych irracjonalnych wyjaśnień nie wytrzymałaby ani chwili dłużej. Zbiera drobne z koszyczka i odkłada na lepszą przyszłość. Co drugi tydzień kupuje nowe rękawiczki, gumowe, w kolorze lilaróż. Trzyma fason. Jest dumna, kiedy słońce przegląda się w świeżo wypucowanych kafelkach.

Nie ma jednak dnia, by ktoś uprzejmie nie przypomniał, że „pani tu tylko sprząta” i ostentacyjnie rzucił papierek z batonika prosto pod jej nogi…

I wraca do niej melodia “Mów amen, jak Maryja widocznie Bóg tak chce, na pewno…”

Sabina Drąg